Dziennik

DZIEŃ 1
2016-09-30 (piątek)

    Budzę się o 05:10. Na szybko jem w domu małe śniadanie, sprawdzam jeszcze najważniejsze rzeczy (czy oby na pewno wzięte) i schodzę do rowerowni w kamienicy. Większość sakw już zniosłem poprzedniego wieczora, więc pozostało tylko zamontować je na rowerze i w drogę. 
    Tak się spieszę, że o 05:40 jestem na pobliskim Dworcu Powiśle. Niesamowite jest to, że perony nie są puste, a w przejeżdżających pociągach jest sporo ludzi. Współczuję wstawania o 05:00 dzień w dzień. Mój pociąg KM do Żyrardowa przyjeżdża punktualnie o 06:00. Bez problemu znajduję miejsce na rower w wagonie, gdyż akurat Koleje Mazowieckie "lubią" rowerzystów (bilet na rower jest darmowy, nawet nie wymaga rejestracji). Jadę niecałą godziną do Żyrardowa, w międzyczasie zjadam dwie kanapki, bo śniadanie w domu  okazało się ultra małe jak na mnie.
    Żyrardów okazuje całkiem ładnym miasteczkiem. Jest młode - powstało niespełna 200 lat temu na terenie Rudy Guzowskiej i okolicznych wsi wraz z przenosinami fabryki wyrobów lnianych w Marymoncie pod Warszawą. Nazwa miasta pochodzi od Filipa de Girarda, francuskiego inżyniera i wynalazcy m.in. przędzarki oraz turbiny wodnej. Zwiedzam Park im. Karola Augusta Dittricha (zrewitalizowany w 2007 roku) i powoli kieruje się w stronę miejsca spotkania z Kubą. Nie chcę jechać głównymi drogami, trochę klucze gruntówkami, udaje mi się jakoś nie zabłądzić. Tereny te są mi w większości znane i poznaję już wiele skrzyżowań, które mijam po drodze. Parokrotnie wyjeżdżałem tymi drogami na wyprawy z sakwami.
    W trakcie jazdy wzdłuż zabudowań wiejskich kątem oka dostrzegam dziwne zwierzę wyglądające zza płotu. Nawracam z ciekawości i okazuje się, że to jest lama. Jest ich parę w gospodarstwie - pasą się normalnie w ogródku. Mają swoją zagrodę, ale mogą z niego wychodzić. Na co komu teraz hodować lamy? Otóż prawdopodobnie dla wełny i mięsa, bo nie wierzę, że Gospodarz używał ich jako zwierzęta juczne. Lamy należą do tej samej rodziny co wielbłądy i przez to są wręcz stworzone do dłuższych pieszych wycieczek z towarem. Jak są zdenerwowane zdarza im się opluć przeciwnika! Te z tego gospodarstwa patrzyły się na mnie z równym zainteresowaniem co ja na nie. Nie wyglądały na złośliwe zwierzaki, a ich naturalny uśmiech na pysku o charakterystycznym kształtcie jest wręcz uroczy.
    Chwile później, chcąc jechać jak najwięcej drogami bocznymi, ładuję się w głęboki piach i muszę pchać przez kilkaset metrów rower. Udaje się znaleźć asfalt i na umówionym miejscu spotkania - Lipcach Reymontowskich - jestem około godz. 10:40. Z Kubą umówiłem się na 11:30, więc korzystam z rezerwy czasowej. Kręcę się po wsi i natrafiam na Muzeum Czynu Zbrojnego, gdzie znajdują się liczne ekspozycje lotnicze i obrony powietrznej. Tam czekam na Kubę, który zjawia się pół godziny później. Różnica w dystansie przy spotkaniu wynosi 15 km, ciut więcej niż zakładaliśmy, ale i tak to był optymalny punkt do spotkania - bo chcemy jechać na południe.
    Muzeum robi wrażenie - jest MiG-15, parę działek ziemia-powietrze, pojazdy opancerzone i dwa czołgi. Wszystko jest praktycznie odnowione i co najmniej w stanie dobrym. Za płotem, obok ekspozycji plenerowej, jest muzeum pod dachem. Drewniany domek ledwo się trzyma, dziury w podłodze, ale eksponaty ciekawe jeżeli ktoś się interesują tematyką militarną pierwszej połowy XX w. Za ekspozycje w plenerze płacić nie trzeba, za drewniany domek opłata jest 5 zł.
    Miejscowy kustosz, jak sprawdziłem po powrocie do domu, okazuje się Dyrektorem Muzeum i autorem książek o tematyce wojskowej, namawia nas na drugi obowiązkowy punkt zwiedzania we wsi Lipce Reymontowskie - Muzeum Regionalne im. W.S. Reymonta. Korzystamy z zaproszenia i spędzamy w nim kolejne 30 minut. Ekspozycje przedstawiają maszyny i urządzenia stosowane w manufakturze Winklów, która zajmowała się zgrzebleniem, przędzeniem i farbowaniem wełny, tkaniem materiałów m.in. na słynne łowickie pasiaki, oraz wyrobem wełnianych swetrów, skarpet i rękawic. Produkcja zakończyła się w roku 1950. Na chwilę obecną manufaktura z zespołem zachowanych budynków przemysłowych, jest unikatem w skali kraju. Istnieją plany odrestaurowania manufaktury i jej ożywanie m.in. poprzez przygotowanie do pracy i uruchomienie krosien tkackich. Na chwilę obecną sam stan budynków i ekspozycji jest moim zdaniem w dobrym stanie i widać, że jest to zadbane, więc duża szansa, że znajdą się pieniądze na nowe przedsięwzięcia. Wejście kosztuje 5 zł za bilet normalny i naprawdę warto tu zajrzeć.
    Pogoda naprawdę sprzyja - w długim rękawku nawet się miejscami pocę. Jest tak słonecznie, że robimy sobie postój na lody włoskie. Dwóch kolesi na rowerach liżących ochoczo lody na ławeczce w małej mieścinie. Szczęście, że nikt nas nie zaczepił ;-)
    Przed wycieczką zdecydowaliśmy, iż nie będziemy omijać nieutwardzonych dróg i tak też się stało. Zazwyczaj dobrze na tym wychodzimy, ale tego dnia raz mamy skuchę. Uparliśmy się na jeden wariant drogi - przez las i do tego wzdłuż torów. Okazało się, że cały las to piach i po zrobieniu 5 km kółeczka w lesie i skorzystaniu z GPS z telefonów udało nam się wjechać na ubite drogi. Natrafiliśmy na odremontowany peron kolejowy na kompletnym odludziu. Nie wiadomo kto by zechciał na nim wysiadać. Jedyną chatą w promieniu paru kilometrów była chata leśnika.
    Zmęczeni i zakurzeniu po piachu i szutrze robimy obiad na przystanku przy ruchliwej drodze wojewódzkiej, na której dzieją się dziwne rzeczy. Robi się korek na kilkaset metrów, autokary cofają, następnie znowu się zator odblokowuje i po kwadransie znów blokuje. Nie widzimy przyczyny, ale podejrzewamy, że nieopodal wydarzył się wypadek i stąd takie dziwne ruchy.
    Reasumując, drogami leśnymi i szutrowymi tego dnia przejeżdżamy prawie 20 km. Nocleg wypada nam w pobliżu wsi Garbów koło Czarnocina paręset metrów od ruchliwej drogi. Jesteśmy dobrze schowani za lekkim wzniesieniem od wścibskich spojrzeń, a do tego las okazuje się wysoki, gęsty i rozstawiamy się już w szarówce, gdy jeszcze na drodze było jasno. Uwidacznia się mój problem z masztem, który był już sklejany, ale dotychczas działał bez większych zarzutów. Problem polega na tym, że  kawałek stelażu aluminiowego chowa się do środka rurki i jego rozłożenie staje się niemożliwe. Udało się to usztywnić na tyle, że maszt nie chował się w środku, a po jego włożeniu w drugą końcówkę na stałe żeśmy spięli obydwie części taśmą aby jakoś trzymał się.
    Kuba za to wydaje się szczęśliwy z racji nowo zakupionego namiotu (Quechua Forclaz 2). Pierwszy raz, odkąd sięgam pamięcią, udaje mu się rozstawić namiot jako pierwszy i nie wynika to jedynie z moich problemów ze stelażem. Udaje się nam jeszcze wziąć kąpiel. Spać idziemy dość wcześnie - najpóźniej o 22:30 zdaje się, że już smacznie chrapiemy.

DZIEŃ 2
2016-10-01 (sobota)    

    Noc okazuje się nad wyraz ciepła jak na tę porę roku. Śpię płytko, ale długo. Budzę się dopiero o 7:30, a mieliśmy plany wyruszyć o 8:30. Szybka herbata, zupka chińska z kabanosem i ostatecznie o 9:00 jesteśmy na drodze. Niebo tym razem zachmurzone i zimnawo. Wiaterek lekko w plecy, wypoczęci to i dobre tempo narzucamy. Jesteśmy często zaczepiani, o wiele częściej niż w lato. Przyczynę tego upatrujemy w porze jazdy - przecież to już październik!
    Z większych atrakcji natury to w jednej z wsi rzuca nam się w oczy wolno chodzący knur, którego jądra są ogromne! Ledwo chodzi biedak. Dla potomnych i tych, którzy uważają się za prawdziwych mężczyzn, robimy zdjęcia tegoż organu.
    Wjeżdżamy do Łęczycy obejrzeć zamek wzniesiony za panowania króla Kazimierza Wielkiego. 150 lat później przeistoczył się w ruinę na skutek pożaru. To co napotkamy teraz to niestety jest udana rekonstrukcja z II połowy XX wieku. Według legend w podziemiach tego zamku mieszka diabeł Boruta. Muzeum o tej godzinie jest zamknięte, więc oglądamy jedynie zamek z zewnątrz i wchodzimy na jego dziedziniec.
    Jedziemy dalej w kierunku miejscowości Tum, gdzie czeka na nas znana kolegiata z XII wieku. Robi wrażenie i to punkt obowiązkowy przy zwiedzaniu ziemi łódzkiej. 100 m od kolegiaty postawiony jest uroczy, drewniany kościółek św. Mikołaja z 1761 r., niestety jego drzwi były zamknięte. Nie znaleźliśmy żadnych informacji o godzinach otwarcia, więc być może tylko podczas mszy jest otwierany.
    Po zwiedzaniu kolegiaty, kierujemy się na wschód w kierunku Góry św. Małgorzaty. Tam również znajduje się zabytkowy kościół, jednakże w momencie naszego przejazdu jest msza i decydujemy się jechać dalej, nie czekają do końca nabożeństwa. Do środka geometrycznego Polski - miejscowości Piątek - zajeżdżamy już późnym popołudniem. Po szybkich zakupach jedziemy w kierunku Głowna.
    Rozbijamy się w okolicach wsi Jasionna o 18:10 i to jest już skrajna godzina, aby o tej porze roku się rozbijać w komfortowych warunkach. Nocleg wypada nam dość niefortunnie, bo parę metrów od piaszczystej drogi, za szpalerem krzaków, ale i tak nie ma co narzekać, bo parę razy się zatrzymywaliśmy na rozeznanie i to było najlepsze miejsce. Szczęśliwie ruch na drodze okazał się znikomy - 1 pojazd na 1 godzinę, ale i tak czujemy się nieswojo. Mimo szarówki bierzemy jeszcze kąpiel, robimy parę zdjęć po zmroku i idziemy spać.

DZIEŃ 3
2016-10-02 (niedziela)

    Nie wiem jak Kuba, ale mi się śpi twardo. Z racji tego, że Kuba nie może przeznaczyć całego dnia na jazdę, wyruszamy parę minut po ósmej. Pogoda w dalszym ciągu dopisuje - zero opadów deszczu, a temperatura na długi t-shirt.
    Kierujemy się na wschód w kierunku Łyszkowic. Planujemy tam ostatni wspólny postój. Jedziemy jeszcze razem do wsi Zakulin, po czym Kuba skręca na południe, a ja podążam dalej na wschód.
    Dostaję wiatru w plecy, a wiedząc, że to ostatni dzień jazdy i nie muszę się za nikim oglądać, postanawiam jechać ile fabryka dała. Jadę wzdłuż zachodniej granicy Bolimowskiego Parku Krajobrazowego, następnie wzdłuż jego północnych granic (Nieborów, Bolimów). Dwa kilometry od Bełchowa przy krzyżówce drogi krajowej 70 z lokalną, zaczyna się prawie 6 km odcinek drogi awaryjnej równoległej do głównej, na którą trzeba zawczasu skręcić, bo zjazdy na nią są rzadkie. Do Szymanowa jadę przez Humin i Czerwoną Niwę. Jedzie się szybko, robię jeden postój na 30 km i do tego krótki.
    Do Błonia dojeżdżam nie zwalniając tempa. Nie odbijam na północ, w znane mi już tereny przez Umiastów i Kaputy. Postanawiam jechać przez Rokitno. W okolicach Płochocina zauważam wąską drogę wzdłuż linii kolejowej. Jadę nią przez 4 km, ale w pewnym momencie się kończy. Zauważam, że zaczyna się z drugiej strony, ale obładowany sakwami nie chce mi się wciągać roweru na nasyp i ryzykować życiem. Po przyjeździe do domu lokalizuję te uliczki, bo naprawdę można nimi jechać bez obaw nawet z dzieckiem: ulica Zabytkowa, przechodząca w Południową, a następnie w Przejazdową i kończy się na Zatorze. Okazuje się, że drogi te biegną w miarę prosto aż do stacji PKP Warszawa Gołąbki, czyli przeszło 10 km kompletnego spokoju.
    Ja niestety ciut wcześniej jestem zmuszony odbić na główną drogę nr 92, która na przedmieściach stolicy zmienia się w ulicę Połczyńską. Ruchu prawie nie ma, więc większość trasy pokonuję na trzypasmowej ulicy w miarę przyjaznych warunkach. Na wysokości cmentarza prawosławnego pojawiają się już ścieżki rowerowe i jadę nimi aż do domu.
    Ze względu na brak kluczy do domu postanawiam się posilić i koczuję następnie przez prawie 1,5 godziny na Monikę. Dokańczam czytać książkę, którą wziąłem na wyprawę.
    Kuba, mając ciut krótszy dystans do pokonania ode mnie, dociera do domu kiedy ja jestem niespełna 5 km od domu. Kuba nie chcąc jechać tę samą drogą co przyjechał do wsi Lipce Reymontowskie trzy dni temu, postanowia, że tam gdzie się da to pojedzie drogami gruntowymi. Udaje mu się to wyśmienicie. Dzięki temu widoki ma po drodze przepyszne.
  

PODSUMOWANIE
    Z mojego punktu widzenia naprawdę to była fajna wyprawa. Nawet tak krótkie wypady pozwalają psychice odpocząć. Tobołów wziąłem niewiele mniej niż na letnią wyprawę - cieplejsze rzeczy zajmują więcej miejsca. Kuba nie lubi wstawać wcześnie i zawsze podczas letnich wypraw negocjujemy godzinę pobudki. Jesienne czy też wczesno-wiosenne wyprawy zmuszają Kubę do wstawania wcześnie rano, nie ma innego wyjścia i trzeba wstawać o świcie. Pogoda jak widać dopisała, choć nastawialiśmy się na zimno i deszcze. Z chęcią powtórzę podobny wypad w kwietniu 2017.

Do góry