Dziennik

DZIEŃ 1
2020-04-10 (piątek)

   Budzę się kwadrans po szóstej - jeszcze w domowym zaciszu, ale z myślą, że za 14 godzin będę już siedział w namiocie w lesie. Szybkie śniadanie, zniesienie dwóch sakw na parter (udało się spakować, pomimo dużego śpiwora, do dwóch zamiast czterech), wyciągnięcie roweru z piwnicy. Nie zapominam o pamiątkowym zdjęciu przy wyjeździe i w drogę! Jest punkt 8.00.

    Postanawiam wyjechać z miasta znanymi mi drogami, aby nie kluczyć i niepotrzebne rzucać się w oczy organom policyjnym. Należy podkreślić, iż w tych dniach obowiązywał w Polsce zakaz przemieszczania się bez ważnego powodu (np. wyjście do sklepu, itp.). Do Nieporętu dojeżdżam dość szybko. Dalej jadę trasą przez Białobrzegi i Rynię, aby w miejscowości Kuligów pierwszy raz podczas tej wyprawy zatrzymać się nad Bugiem, który niedługo później kończy swój bieg wpadając do Narwi. Bug jest czwartą co do wielkości rzeką w Polsce. Co ciekawe, do roku 1962 roku uznawano, że to Narew jest dopływem Bugu. Wzdłuż Bugu będę jechał następne prawie 2 dni.

    Dalej, aż do Słopska, podążam podobnie jak rok temu. Nawet po roku pamięta się gdzie się człowiek zatrzymywał i zastanawiał jak jechać dalej, więc ani razu nie błądzę. Do Wyszkowa nie docieram tak jak ostatnio, w większości wzdłuż S8, a następnie starą krajówką, a brnę przez wzdłuż Bugu po łąkach. Część drogi okazuje się znośna, ale parę kilometrów jest okupionych sporym wysiłkiem po piachach. Niejednokrotnie pcham rower po piachu. Według mapy poruszam się po starorzeczu Bugu. Do Rybienka Leśnego, tuż przed Wyszkowem dojeżdżam zmęczony i raczej nie polecam tej drogi z sakwami. Prócz jazdy starą "krajówką" to nie widzę alternatywy, bo obwodnicą Wyszkowa zdaje się, że legalnie rowerem nie da się przejechać. 

    W miejscowym sklepie zatrzymuje się na zimny jogurt. Mimo koronawirusa i obostrzeń wiekowych dość szybko udaje mi się zrobić zakupy. Obawiam się trochę przejazdu przez centrum Wyszkowa, aby nie nadziać się na policję. Na szczęście żadnego radiowozu ani straży miejskiej nie napotykam, ale czujności nie zmniejszam. Skręcam na wschód na Brańszczyk. Trasę z Wyszkowa do Brańszczyka już ze czwarty raz pokonuję, więc jadę na pamięć - ciągle wzdłuż Bugu. Tak ma też zostać przez większą część wyprawy. W miejscowości Brok przekraczam Bug i od teraz jadę jego południową stroną. Mijam blisko Treblinkę, ale i tak byłoby zamknięte z racji ograniczenia w przemieszczaniu się, więc nawet nie zbaczam do miejsca kaźni, gdzie prawdopodobnie Niemcy zabili 800 tys. ludzi. 

    Przez kolejne 20 km trzymam się ciągle dróg lokalnych, mijam same wsie, aby nie rzucać się niepotrzebnie w oczy nikomu z administracji rządowej. Jazda opłotkami ma też swoje minusy - sklepów 'wiejskich' jest coraz mniej, ale jakoś natrafiam na ten jeszcze pozostały przy życiu. Zakupuję rzeczy na kolację i śniadanie. Niedługo później rozbijam się za wsią Wszebory w lesie około godz. 17:30. Biorę nawet kąpiel, ale do miłych to ona nie należy przy 13-14 C. Zdążam jeszcze przed szarówką zrobić zdjęcie koledze Kubie, aby miał czas pozazdrościć przy wigilijnym stole ;-) 

    Na wieczór ochładza się już zdecydowanie, słońce zachodzi i staje się po prostu zimno. Nie przeszkadza mi to jednak i staram się cieszyć faktem wyjazdu. Nowo zakupiony śpiwór wydaje się nad wyraz ciepły, zobaczymy co będzie po nocy, ale najgorsze jest to, że jest po prostu za duży po spakowaniu na wyprawy. Swoją drogą również do spania jest dla mnie za duży - nie jestem potężnym facetem 120kg, aby móc z tej dobroci w pełni skorzystać. Po powrocie do domu podejrzewam, że wystawię go na sprzedaż, bo niestety na zwrot do sklepu jest już za późno.

    Tego dnia miałem przyjemność widzieć trzy sarny i jednego lisa, niestety nie z bliskiej odległości. Lis był zdziwiony, że mnie zastał na drodze leśnej - widocznie mało uczęszczanej przez ludzi.

   

DZIEŃ 2
2020-04-11 (sobota)

    Budzę się bez budzika o 5:30. Położyłem się po 20-tej, zatem wychodzi 9,5 godziny snu. Szybkie siku i idę jeszcze spać na godzinkę. Jest chłodno, podejrzewam, że może i 5 C. Z trudem wygramalam się ze śpiwora i z namiotu, ale trzeba się zacząć pakować. Niebo ładne, słoneczko nawet widać, ale przeraźliwie zimno. Udaje mi się ruszyć kwadrans po ósmej ubrany na cebulkę i w rajstopy.
    Dopiero koło 12-tej robi się na tyle ciepło, że mogę zdjąć z siebie część ubrań. Jadę oczywiście ciągle wzdłuż Bugu, niekiedy tak blisko, że widzę rzekę lub tuż za drugim wałem przeciwpowodziowym. Odpoczywając na przystanku (pogoda była przez moment taka jakby miało zacząć padać), zatrzymuje się kierowca i pyta czy ze mną wszystko w porządku. Cieszy mnie ten fakt, że nie ma znieczulicy społecznej, jednakże z drugiej strony może to oznaczać, że kiepsko wyglądam. Fakt, że od rana jedzie mi się ciężko, nie mogę złapać tempa, ale żeby tak od razu było to widoczne? Może to z zimna?
    Udaje mi się znaleźć trochę dróg szutrowych, więc tego dnia 1/5 trasy to drogi ubite, rzadko kiedy w słabym stanie. Mijam z lewej most kolejowy na Bugu przy miejscowości Fronołów. Do dzisiaj nie wiem na ile jest możliwa przeprawa rowerem przez most. Na zdjęciach niby jest miejsce na przejazd/przejście, ale wolałem nie ryzykować.
    Na 75 kilometrze robię sobie przymusowy wręcz obiad, bo ledwo żyję ze zmęczenia. Makaron z kiełbasę szybko stawiają mnie na nogi. Niedługo później przejeżdżam przez ciekawą mieścinę 'Mierzwice-Kolonia', gdzie napotykam kilkanaście ośrodków wypoczynkowych. Jeszcze widoczne są ślady właścicieli: TP S.A., Ośrodek Mleczarski itp. Dla większości z tych ośrodków czas świetności już minął. Po powrocie doczytuję, że najlepsze czasy tych rejonów to lata 60- i 70-te!
    Kieruję się następnie na Terespol, ale nie najkrótszą drogą, więc miasto graniczne odwiedzę dopiero dnia następnego. W międzyczasie wjeżdżam na teren woj. lubelskiego. Mijam Parki Krajobrazowe, aczkolwiek ten krajobraz przypomina raczej miejsce po wyrąbie. Miejscami widoczne są wstążki z plakietkami, aby nie wchodzić do lasu ze względu na koronawirusa (sic!).
    Rower sprawuje się w porządku - nic się złego nie dzieje. Czasem zapiszczy pedał, ale ma tak od paru lat. Tego dnia dochodzą do kolekcji kolejne cztery zauważone sarny i zająca uciekającego przed lisem. Zając przebiega przez jezdnię nie patrząc na nic, ale doświadczony lis staje tuż przed nią i się rozgląda na boki. Płoszę go!
    W Janowie Podlaskim muszę wjechać na drogę wojewódzką 698 i trochę się cykam. Ruchu prawie nie ma, ale tym bardziej niestety jestem widoczny. Nocuję zaraz za wsią Werchliś - 2km na północ ode mnie znajdują się ziemie białoruskie.
    Kąpiel, kolacja, lektura i zmęczony spać!
   
  
DZIEŃ 3
2020-04-12 (niedziela)

    Poranek rutynowy. W nocy minimalnie cieplej, może też i dlatego, że zasłoniłem odpowietrzniki w namiocie. Śpię smacznie ponownie bite 10 godzin. Rano się sprężam, aby wyjechać ciut wcześniej niż dnia poprzedniego, ale nic z tego nie wychodzi.
    Pagórki zaczęły się wczoraj i szybko weryfikują moje moje przygotowanie fizyczne wczesną wiosną. Z roku na rok zdaje mi się, że jest wolniej, po prostu dłużej muszę ruszać nogami, aby przejechać określony dystans. Dobrze, że kolanom nic nie dokucza, jakoś w tych miejscach zostałem dobrze skonstruowany ;-)
    Przez pierwszą godzinę jadę w kierunku Terespola, aby tuż przed nim odbić na południe i po pół godzinie jazdy odbić na zachód, czyli zacząć wracać. Zaraz przed Terespolem na lokalnej drodze, a wręcz "osiedlówce", znienacka pojawia się za mną radiowóz. Jestem zestrachany, na dodatek łamię przepis obowiązku jazdy po ścieżce rowerowej, która ciągnie się wzdłuż drogi. Policja jedzie za mną 50m, w końcu sam zjeżdżam w bok na chodnik i czekam co się wydarzy i...nic! Radiowóz skręca za parędziesiąt metrów w lewo i znika z moich oczu. Ale to jeszcze nie koniec - muszę przejechać przez Białą Podlaskę. Spore miasto, więc zapobiegliwie nie pcham się do Centrum, a obrzeżami chcę minąć miasto. Wpierw w lusterku zauważam radiowóz, szybka w prawo i mnie już nie ma na widoku, ale radiowozu też nie widzę przejeżdżającego, więc musieli skręcić na stację benzynową, którą przed chwilą mijałem. Następnie mijam patrol pieszy (WOT+Straż Miejska), który chyba mnie zauważył dopiero jak ich mijałem - byliśmy naprzeciwko siebie. Następnie kolejny radiowóz jadący z naprzeciwka, znów natychmiast zakręt w pierwszą w prawo i chowanie się po podwórkach. Znowu się udało!
    Czuję się głupio, ale co poradzić. Kara pieniężna swoją drogą, nie wiem jak złapanie mnie podczas obostrzeń niewychodzenia z domu, miało by wpływ na moją dalszą podróż? Musiałbym wracać pociągiem, zabrano by mnie na komisariat, bo jednak rowerzysta z namiotem i śpiworem kręcący się po mieście, nie wygląda na wyjazd 'pierwszej potrzeby'.
    W końcu wyjeżdżam z Białej Podlaskiej i powracam na drogi lokalne. Przy samym opuszczaniu miasta mijam czterech zacnie ubranych rowerzystów na drodze, czekających widocznie na kogoś. Po pewnym czasie przeganiają mnie, ale to tylko ze względu na mój postój u wodopoju i ostatecznie to ich doganiam i zagaduję. Jedziemy razem przez parę kilometrów. Zwierzają się ze swojej trasy - jak tylko trafi się wolny dzień to starają się robić "kółko" o obwodzie 100km. Fajnie mieć taką ekipę do jazdy. Mówią, że jak dotąd nikt ich nie zaczepiał ze służb (a jadą przypominam we czwórkę, a to już podpada pod zgromadzenie).
    Na obiad funduję sobie na przystanku makaron z tuńczykiem. Kilometraż wskazuje 76km, więc idealnie na przerwę obiadową. Niedługo później wjeżdżam do województwa mazowieckiego. Mijam sklepik, w którym przypominam sobie, że razem z Kubą go odwiedzaliśmy. Naprawdę tyle dróg, a człowiek po śladach niekiedy jeździ. Tego dnia mało szutrówki i polnych dróg - łącznie ledwo 15km. Pogoda lepsza, ale i tak na krótki rękaw nadal za zimno.
    Łosice mijam od północy. Chcę zrobić tego dnia jak najwięcej kilometrów, bo zdaję sobie sprawę, że ostatniego dnia ma padać nawet przez cztery godziny i chcę zredukować czas jazdy z deszczem. Kręcę powyżej 130km tego dnia, na popołudnie wiatr ustaje, więc jedzie mi się już przyjemnie. Jakby ktoś pytał o skrót między Łysów i Raczyny to jadąc od Łysów, skręca się w lewo przy stawie. Niespełna kilometr dalej jest krzyżówka z drogą asfaltową, jedziemy dalej prosto, po drodze mijając cmentarz. Po ok. 2,5km od krzyżówki napotykamy pierwsze rozwidlenie, skręcamy w lewo, następnie ponownie w lewo, a później jak droga niesie. Skrót ma łącznie ponad 5km.
    Niespełna godzinę później rozbijam się przed wsią Paprotnia. Lodowatą wodę na nocleg biorę od gościa, którego prawie nic nie rozumiem i co więcej nic nie słyszał o żadnym wirusie :-) Lasek na nocleg dość rzadki, za to sarenki chętnie mnie podglądają podczas kąpieli! Na wieczór robi się nieco cieplej. Z ciekawostek z tego dnia to zdaje się, że największa to smarowanie łańcucha... Staram się unikać ludzi jak mogę, biorąc z rzadka wodę, ale i tak przez te 3 dni to z 5 osób już się mnie pyta czy nie mam problemu z Policją tak sobie jeżdżąc podczas zakazu wychodzenia z domu poza sytuacjami niezbędnymi.

DZIEŃ 4
2020-04-13 (poniedziałek)

   
Śpi mi się źle. Jakoś niewygodnie, budzę się parokrotnie. Noc wyjątkowo ciepła, pocę się w śpiworze! Ruszam parę minut po ósmej. Wychodząc z lasu zauważam dwa kleszcze na butach - jest ich dużo i jak widać są bardzo głodne ;-)
    Według Google mam 120 km do domu. Sporo, a pogoda ma się popsuć, wiatr przybrać na sile i to jeszcze być prosto w twarz. Zazwyczaj na ostatni dzień wyprawy zostawiam sobie mniej kilometrów niż średnia z wyprawy, ale widocznie ten niepotrzebny nawyk trzeba zmienić!
    Pierwsza godzina jazdy i już silny wiatr w twarz. Jego podmuchy niekiedy wytrącają z równowagi. Chwilę wytchnienia dają tylko zagajniki i małe wsie. Drzewa przy drodze już zostały w większości wycięte, bo wbiegały kierowcom na drogę... Wystarczy szpaler drzew, aby zmniejszyć siłę wiatru. Starając się zachować consensus między skracaniem drogi, a omijaniem większych skupisk ludzkich (znaczy się zredukować możliwość spotkania Policji), pcham się w ledwo widoczne na mapie dukty leśne. Nie jest możliwe jeździć nimi cały czas. Robię sobie odpoczynek w małej miejscowości na pustym przystanku autobusowym. Minutę po zejściu z siodełka mija mnie radiowóz. Szczęśliwie przystanek jest tak ukryty "za winklem", że raczej mnie nie zauważają. Daję sobie jeszcze parę minut przerwy i ruszam dalej. Po 10 minutach ten sam radiowóz jedzie już naprzeciw mnie. Nie widzę możliwości żadnego skrętu, wokół pola, tylko my na drodze. Staram się jechać pewnie, nie zwalniać i zasłonić nogami tylne sakwy ;-) Udaje się - przejeżdżają, nawet się zbytnio nie oglądają czy też nie zwalniają.
    W trudzie i w pyle z suchych żwirówek docieram do Wierzbna, gdzie zaczyna tak lać, że nie patrząc na chodzącą ochronę, wjeżdżam do napotkanego zakładu pieczarkarskiego i tam pod wiatą robię sobie obiad. Postój i tak by się odbył, bo odnotowuję kryzys, który właśnie zakańcza deszcz. Krople wody mnie otrząsnęły i kazały jechać! W międzyczasie przestaje padać, więc pół godziny później ruszam dalej.
    Po powrocie do domu okazuje się, że był to jeden z większych zakładów produkcji pieczarek w Polsce. I faktycznie wygląda nowocześnie - hotel dla pracowników po drugiej stronie drogi, fotowoltaika, schludny ogród, czysto - widać, że jest Gospodarz na miejscu - w końcu to firma prywatna.
    Niecodzienną atrakcję napotykam przy próbie przejazdu rzeki Rządza we wsi Kolonie Stanisławów. Jadę rozpędzony po leśnej drodze wśród niewielkich działek rekreacyjnych, a tu nagle przejazd przez rzekę 'w brud'. Od godziny trochę kropi, wody trochę więcej, tak jakoś niepewnie przejeżdżać przez rzekę o szerokości trzech metrów. Szczęśliwie tuż obok, ukryty za krzakami, znajduję mostek dla pieszych zrobiony ze słupów betonowych. Tym samym udaje mi się przekroczyć rzekę bez problemu. Woda na tyle wezbrała, że samochodem standardowo zawieszonym chyba byłbym się przekraczać tej rzeki.
    Ze Stanisławowa kieruje się na północny zachód - na Poświętne. Wjazd do Warszawy planuję od strony Zielonki. Wydaje się to najbardziej rozsądne, gdyż szybko nawiążę do ścieżki rowerowej przy S8. Jadąc przez Rojków, Ręczaje Polskie i Ossów nie napotykam żadnych trudności, choć z każdym kilometrem coraz bardziej wierzę w wyprawę "bez skuchy z mandatem", z drugiej strony niepotrzebnie zwiększa mi się poziom strachu w postaci - "Czy na pewno się uda?". Ruch jest oczywiście znikomy, jestem widoczny na drodze jak rodzynek w cieście. Tego najbardziej się obawiam, że nawet z nudów jakiś napotkany radiowóz byłby skłonny mnie zatrzymać. Niby drogi boczne są, ale nie chce się w nie pchać po deszczach. Szczęśliwie okazuje się, że zaraz za Leśniakowizną natrafiam na gruntowny remont drogi przez całą jej szerokość. Samochodem nie przejedziesz, ale rowerem już tak. Remont ciągnie się prawie do drogi wojewódzkiej 634. Święty spokój mam gwarantowany i tak też się dzieje - spokój i cisza. Na wspomnianą już 634. wjeżdżam na dosłownie 200m, aby zaraz odbić w prawo. Niedługo później dojeżdżam do S8, aby ubitą drogą leśną wzdłuż niej dojechać do galerii M1. Stamtąd już do domu wiedzie mnie ścieżka rowerowa, ale zachowuję czujność pod kątem Policji. I dobrze, bo udaje mi się w porę zatrzymać - stali zaczajeni pod jednym z wiaduktów, zaraz przy ścieżce rowerowej. Daję po hamulcach, szybko zawracam, wjeżdżam na wiadukt (tym, pod którym stali) i przejeżdżam na drugą stronę S8. Dalej już nie odnajduję przeszkód.
    Jestem w domu po 18-tej. Cały dzień był naprawdę wyczerpujący. Wiatr był cały czas prosto w twarz i silny, dopiero popołudniu nieco ucichł. Czwarty dzień był najsłabszy pod kątem tempa - średnia 16,5 km/h naprawdę uwidacznia skalę problemu tego dnia.    
 

PODSUMOWANIE

    Odważna decyzja i dobra realizacja. Nie dałem się złapać i fajnie spędziłem cztery dni poza domem. Padł również rekord kilometrażu wycieczki czterodniowej, które zacząłem od niedawna uprawiać wiosną lub/i jesienią - przekroczyłem 500km!

Do góry