Dziennik pdf


WSTĘP
        Z racji ograniczonych zasobów czasowych praktycznie od początku roku zdecydowaliśmy się z Kubą na jazdę po rodzimym kraju. Ponowny wyjazd na Ukrainę nie był brany pod uwagę, choć oczywiście nieśmiało ktoś zadał te pytanie: „Może znów Ukraina?”. Na pytaniach się skończyło i dobrze, bo nie było sensu wyjeżdżać tam ponownie. Swoją drogą tereny wschodniej Ukrainy zapewne na długo pozostaną poza naszym zasięgiem…

DZIEŃ 1
2014-06-13 (piątek)
        Śpię spokojnie, bo aż do 07:15 – Witek też. Wszystko jest już gotowe do wyjazdu. Czekam ponad godzinę na opiekunkę i żegnam się z Synem. Cały ekwipunek i rower mam w rodzinnym domu, z którego wyjeżdżam dopiero o 09:20. Jadę na północny wschód. Wisłę przekraczam Mostem Północnym, aby nabić dodatkowe kilometry. Jadę dobrze znanymi mi drogami, które wielokrotnie pokonywałem podczas weekendowych wypraw. W okolicach Zakroczymia dokonuję zwrotu na wschód, jadąc wzdłuż Wisły. Mimo tego, że wybieramy drogi drugorzędne ruch okazuje się spory. Przez pierwsze 50 km pogoda w sam raz – ani za ciepło ani za zimno. Później już tylko pada, tylko momentami przestaje. Wjeżdżam do Parku Kampinoskiego na wysokości Secymina Polskiego. Jeszcze przed wjazdem do Parku korzystam ze skromnych, i jak się okazało niezbyt trafionych, instrukcji przejazdu przez Park miejscowego mężczyzny, a przy samym wjeździe instruuje mnie jeszcze kobieta na rowerze. Gubię się jednak szybko. Mimo, że przy samym wjeździe witało mnie pięć dobrze oznaczonych szlaków, przy najbliższych rozwidleniach już nie ma jakiejkolwiek informacji i jadę na azymut. Postanawiam jechać drogą pożarową nr 17. Trochę poniewczasie zdaję sobie sprawę z błędu - rower z sakwami grzęźnie mi co chwila w miękkim piasku. Czasami pcham rower, bo szkoda sił. Po paru kilometrach wjeżdżam na czarny szuter i droga wydaje się mnie prawidłowo kierować. Najważniejsze - udaje mi się dobrze wyjechać na Famułki Królewskie. W napotkanym gospodarstwie biorę wodę na drogę, bo pragnienie zaczyna mi dokuczać.
        Jadę praktycznie non-stop w lekkiej mżawce – temperatura spada do 18-19 C. W t-shircie i kurtce przeciwdeszczowej jest mi po prostu zimno, a z kolei w swetrze od razu się pocę. Wolę się lekko wychłodzić niż spocić, więc sweter chowam głęboko w sakwę.
        Sochaczew mijam od północy i kieruję się znowu na wschód. Wody na nocleg szukam dobre paręnaście minut – deszcz wypłoszył wszystkich z podwórek, a nie mam w zwyczaju pukać bezpośrednio do drzwi. Udaje się w końcu i obładowany wodą ruszam dalej z nadzieją, iż za parę kilometrów będę mógł się rozbijać. Jakież jest moje rozczarowanie kiedy muszę podjąć pięć prób, aby znaleźć w końcu miejsce dla siebie. Zero lasów, same pola i to niepoprzecinane żadnymi drogami. Po 9 km udaje mi się w końcu natrafić na skromny las zaraz za wsią Płaskocin – wchodzę w niego głęboko, natrafiam na polankę i nocuję już na skraju lasu, ale z dala od jakichkolwiek domostw i dróg. Aby móc rozbić namiot muszę wyzbierać szyszki i samo zbieranie ich zajmuje mi parę minut,. Biorę jeszcze kąpiel i robię sobie gorącą herbatę na rozgrzanie. Jestem zadowolony, że nie muszę robić sobie kolacji - kanapki jeszcze mam z domu.
        Notabene w trakcie dnia chciałem zrobić przestój w jakiejś knajpce i się ogrzać, ale na ponad 100 km nie napotkałem żadnej otwartej knajpy, a przejeżdżałem przez większe wsie. Natrafiłem za to na stację benzynową, na której mieli wszystko czego nie ma na przeciętnej stacji w Warszawie – artykuły motoryzacyjne, ale za to zero jedzenia i napojów gorących.
        Zasypiam szybko, zmęczony pierwszym dniem, bo już o 21-wszej.

DZIEŃ 2
2014-06-14 (sobota)
        Budzę się o 05:20, ale postanawiam spać dalej. Udaje mi się przekimać do 07:00. Spałem kompletnie roznegliżowany, a w nocy spadła temperatura i odczułem to dopiero nad ranem. Robię sobie szybko zupkę błyskawiczną na rozruch. Wyruszam o 08:20.
        Z Kubą mam się spotkać we wsi Sierżniki – aby nie być w niej zbyt za wcześnie jadę trochę dookoła. Jestem tam już przed 09:00, bo dzieli mnie od niej niespełna 10 km. Wizytuję miejscowy sklep i czekam na Kubę na ławeczce z widokiem na drogę, którą ma Kuba przyjechać. Wyjeżdżamy z Sierżników razem o 10-tej. Drogi w tych rejonach okazują się wprost idealne do jazdy rowerem – dobry asfalt i znikomy ruch. Kierujemy się prosto na północ w kierunku Wejsce, aby odbić następnie w lewo na Luszyn. Godziny jazdy mijają nam na luźnych rozmowach - z racji nikłego ruchu możemy jechać obok sobie. Z Luszyna kierujemy się na północny wschód i tego kierunku trzymamy się już przez resztę dnia.
        Po paru godzinach jazdy pogoda się nieco psuje – zaczyna z przerwami padać. Pogoda robi się podobna co dnia poprzedniego – do tego dochodzi silny wiatr, który jednak, według przekonań Kuby i moich, zwiastuje zmianę pogody – w tym przypadku oczywiście tylko na lepsze! Gostynin mijamy bez zatrzymywania się. W miejscowości Górki Pierwsze skręcamy nieco w prawo i zaraz po skręcie robimy obiad na przystanku. Menu takie na dobry początek wyprawy, czyli makaron z tuńczykiem, a dokładniej dużo makaronu, a mało tuńczyka. Z obserwacji krajoznawczych to w tych rejonach można odwiedzić po kolei wsie o nazwach: Okna, Skrzynki i Budy J
        Wjeżdżamy do Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego i nawet udaje nam się nie zabłądzić. W środku lasu ludzie pobudowali sobie całkiem ładne chaty – jak tylko oni są w stanie dojechać do utwardzonych dróg w silne opady śniegu kilka kilometrów? Z drugiej jednak strony już dawno nie było obfitej w opady śniegu zimy.
        Postanawiamy zmienić drogę i ominąć szlak przez Park – wydaje nam się to za ryzykowne. Dojeżdżamy do drogi głównej i te brakujące 10km pokonujemy do Włocławka szybkim tempem. Pierwszą atrakcją wyprawy miała stać się właśnie tama we Włocławku powstała w 1970 roku. Jest to największa elektrownia przepływowa w Polsce. Jednakże nie doczytaliśmy, iż w roku 2013 ruszył jej remont, który ma trwać pełne 2 lata. I to nam się potwierdza, bo z jednej strony do tamy w ogóle nie ma dostępu – z tej ciekawszej, tam gdzie woda się piętrzy. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Zaraz po wyjeździe z miasta bierzemy wodę na nocleg u miłej starszej Pani. Robimy jeszcze parę kilometrów po czym rozbijamy się w przydrożnym lesie. Miejsce wydaje się dobre, bo od strony drogi dojazdu do nas blokuje przewrócona brzoza. Nasze namioty stoją już o 19:30. Po prawie całodniowej jeździe w mżawce ochraniacze przeciwdeszczowe na SPD okazują się zbawieniem – mam wieczorem suche skarpetki. Zasypiamy koło 22-giej.

DZIEŃ 3
2014-06-15 (niedziela)
        Budzę się o ok. 05:30, wystawiam głowę na zewnątrz, a że jeszcze ciemno, to śpię dalej do siódmej. Tym razem śpię w dresach (góra i dół) i w skarpetkach i jest mi naprawdę ciepło. Wyruszamy o 9-tej. Kilkanaście minut przed wyruszeniem zauważa nas jakiś grzybiarz z psem, ale szybko się oddala sądząc zapewne, iż jesteśmy bezdomnymi.
        Pogoda dalej nieciekawa – dość zimno i wietrznie. Stajemy w Bobrownikach, bo zgodnie z informacją z Internetu, ma tu być zamek, co nawet dnia poprzedniego potwierdziła starsza kobieta, u której braliśmy wodę na nocleg. Zamkiem to nie można nazwać, to ruiny i to w kiepskim stanie. Po powrocie doczytujemy, iż już od XVIII wieku jest w ruinie, więc nawet nasi dziadkowe nie mieli na to wpływu, co oczywiście nas niezwykle w tym wszystkim pociesza. Ciekawostką przyrodniczą dotyczącą zamku jest to, że przez większą część XX wieku ruiny znajdowały się na wyspie, oddzielone od prawego brzegu rzeki dziką odnogą, którą jednak zasypano w latach 80.
        Po zrobieniu paru zdjęć na ruinach dopada nas głód i jemy w Bobrownikach doskonałe drugie śniadanie – jogurt i kruche ciasteczka z Brześcia. Następnie kierujemy się wzdłuż Wisły na Toruń tzw. „Wiślaną Trasą Rowerową”, która prowadzi w dużej części przez nieubite drogi leśne, co w tych rejonach oznacza niekiedy pchanie roweru przez grząski piach.
        Miasto Rydzyka wita nas miło – zaczyna trochę przygrzewać słońce, a co więcej to naprawdę ładne miasto. Starówka wygląda okazale i jest wpisana do UNESCO. Miasto reklamuje się jako „gotyk na dotyk”, co nie jest zbytnio na wyrost. Po wybudowaniu autostrady dojazd do miasta ze stolicy jest banalnie prosty dla tych poruszających się na czterech kółkach - niespełna 260km i 2,5 godziny jazdy. Kręcimy się trochę po starówce i po jakiejś godzinie powoli wyjeżdżamy z miasta. Nie, żebyśmy je całe zwiedzili, bo na to można przeznaczyć cały weekend, ale po prostu tak jest z czasem na takich wyprawach.
        Wyjeżdżamy z Torunia drogą na północny wschód. Rady napotkanego przechodnia pozwalają nam na przejazd przez rezerwat przyrody Las Piwnicki, należący do najstarszych rezerwatów przyrody na ziemi chełmińskiej. Według informacji z serwisu turystycznego znajdują się tam 300 letnie dęby oraz 160 letnie sosny. Nam przypada do gustu fajny klimat tak małego rezerwatu – podobny do puszczy, silnie zacieniony, z meandrującą strugą i zwalonymi zewsząd pniami.
        Zaraz za lasem udaje nam się znaleźć radioteleskopy (miejscowe dzieci nazywają je „dużymi talerzami”) o średnicy 15 i 32 metry należące do Obserwatorium w Piwnicach. Wykorzystuje je do badań Katedra Radioastronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Dostęp do nich ad-hoc nie jest możliwy - zwiedzanie można zorganizować tylko po wcześniejszym umówieniu i do tego przynajmniej z 2-dniowym wyprzedzeniem. Same radioteleskopy są widoczne z daleka, ale nie możemy się do nich zbliżyć na mniej niż 400 m – cały obiekt jest monitorowany i za wysoką siatką.
        Wjeżdżamy z powrotem na drogę asfaltową i kierujemy się w stronę Chełmna. Po pół godzinie jazdy zatrzymujemy się w Zamku Bierzgłowskim na krótki obchód. Z pierwotnego zamku niewiele zostało, gdyż wyjątkowo często nachodziły go pożary, jednakże główne elementy zamku są zachowane w niezmienionej formie od XIII/XIV wieku. Po odzyskaniu obiektu przez Kurię Toruńską w 1992 roku (w PRL-u mieścił się tam Zakład Opieki Społecznej), rozpoczął się remont trwający z przerwami do chwili obecnej. Jak się dowiadujemy na miejscu - w finansowaniu prac spory wkład wniosła Fundacja Polsko-Niemiecka oraz wytrwałość miejscowych księży, którzy uczynili z tego gotyckiego zamku dobrze prosperujące Diecezjalne Centrum Kultury.
        Jedziemy następnie przez Unisław, a dalej zjeżdżamy z żółtej drogi na białą. Te 40 km dzielące Chełmno od Torunia przejeżdżamy w 2,5 godziny. Z powodu późnej godziny nie decydujemy się na wjazd do centrum miasta. Na wyjeździe bierzemy wodę i szybko szukamy noclegu. W trakcie poszukiwań natrafiamy na okolicznego mieszkańca, który podpowiada nam najlepsze opcje dalszej drogi, dzieli się z nami informacją, iż za młodu to też tak jeździł. Stwierdza również, że 120km to za dużo – za mało się widzi. W sam raz jest zrobić 40-60km. Zgadzamy się z Panem, ale który pracodawca da teraz urlop na dwa miesiące bez uwag i problemów?
        Mimo wieczornego chłodu postanawiamy się choć trochę wymyć. U mnie kończy się to na szczękaniu zębami przez parę minut, Kuba decyduje się nawet na mycie głowy i długo nie może dojść do siebie, komentując to ciągle zdaniami: przecież jest połowa czerwca, a w maju było cieplej niż jest teraz…

DZIEŃ 4
2014-06-16 (poniedziałek)
        Do zimnych nocy się już przyzwyczailiśmy. Gdy się zwinie w kłębek, to udaje mi się bez problemu wyspać. Nad ranem budzą nas rzadko ostatnio spotykane promienie słoneczne. W lepszych nastrojach zwijamy nasze manatki i jedziemy do Świecia. Pogoda dopisuje – zakładam w końcu klapki i jadę w samym t-shircie, dotychczas było to rzadkością. Na przedmieściach zwiedzamy zjawiskowy Kościół farny, a następnie odwiedzamy zamek krzyżacki, który okazuje się być zachowany nawet w niezłym stanie. Z ciekawostek mogę dodać, iż wieża tego zamku jest krzywa, tzn. jest odchylona od pionu w sposób znaczący i jak mniemam, było to zamierzenie architektoniczne, a nie zwykłe partactwo budowlańców. Doczytałem, że jest to najwyższa krzywa wieża, na szczyt której mogą wejść turyści i to całkiem od niedawna, bo cały zamek został udostępniony dla zwiedzających dopiero w roku 2002.
        Za Świeciem wjeżdżamy na gruntówkę (zresztą codziennie po parę gruntówek zaliczamy), ale na szczęście w dobrym stanie i jedzie się prawie tak samo szybko jak po dziurawym asfalcie. Po 8km wjeżdżamy z powrotem na asfalt i kierujemy się w kierunku Drzycimia, a następnie odbijamy lekko w prawo na Osie i przejeżdżamy przez Wdecki Park Krajobrazowy. Stamtąd już prosto na zachód do Tucholskiego Parku Krajobrazowego. Po drodze natrafiamy na ogromne skupiska wyrwanych pni z korzeniami (tzw. karpie). Jak wyczytaliśmy po powrocie do domów, obszary te są często nawiedzane przez trąby powietrzne i miejmy nadzieję, że te karpie były pozostałością po pracach porządkowych po takich kataklizmach. Byłem przekonany, że okoliczni leśnicy mogą się tylko cieszyć z takiego obrotu sprawy – powywracane drzewa i tak trzeba ściąć, a jest taki szkopuł, że takie drewno zazwyczaj nie nadaje się na meble, a tylko na tzw. papierówkę i opał. Włókna na skutek działania trąby zostały poskręcane i spękane, a dodatkowo ścinanie takiego drzewa jest niebezpieczne, kosztowne i trudne z powodu naprężeń występujących w pniach.
        Jedzie się nam się tak dobrze, że mijamy interesujący nas skręt i musimy zawracać z 800 metrów. Tego nie lubimy, a szczególnie nie lubi tego Kuba. Jednak taki manewr pozwala nam na cieszenie się z kolejnego przejazdu gruntówką z fajnymi widokami oraz skrócenia drogi o „zbędne” 10 kilometrów. Zatrzymujemy się na parę minut i podziwiamy punkt widokowy „Kiełpiński Most” nad rzeką Brdą, która według niektórych doniesień stanowi jedną z najpiękniejszych w kraju szlaków kajakowych ze względu na swoje walory krajobrazowe.
        Wjeżdżamy następnie do Tucholskiego Parku Krajobrazowego, w którym planujemy odwiedzić akwedukt w Fojutowie. Jedziemy do niego od strony Kanału Brdy z zachodu. Jedziemy „na czuja” szlakami pieszymi, które okazują się słabo oznaczone. Nagle, ni stąd ni z owąd, wyłania nam się cywilizacja w postaci ładnie urządzonego skweru i wieży obserwacyjnej oraz główna atrakcja – sam akwedukt. To unikatowy zabytek architektury hydrotechnicznej, wzorowany na antycznych rzymskich budowlach. Stanowi on połączenie Czerskiej Strugi (cieku wodnego płynącego dołem) i Wielkiego Kanału Brdy (płynącego górą). Jest to najdłuższy tego typu obiekt w Polsce – mierzy 75 metrów. Rowery przypinamy do znaku turystycznego i na piechotę zwiedzamy te dzieło inżynieryjne z połowy XIX wieku.
        Podczas wyjazdu okazuje się, że dojazd z drugiej strony do akweduktu jest wyasfaltowany i całkiem przyjemny (nastąpiło to stosunkowo niedawno, bo w połowie 2010 roku). Korzystamy z niego. Dojeżdżamy szybko do Czerska. Nie możemy nigdzie natrafić na nic porządnego na obiad i decydujemy się na zapiekankę na stacji. Zaczyna znów padać deszcz, a do tego nie jest zbyt ciepło, więc taka gorąca zapiekanka poprawia nam szybko humory. Z racji braku innej sensownej drogi decydujemy się jechać drogą czerwoną-główną. Okazuje się, że ruch na niej jest na szczęście znikomy. Co jakiś czas trochę kropi, ale nie na tyle, aby nakładać kurtkę przeciwdeszczową.
        Zaraz za miejscowością Piece wjeżdżamy mocno w głąb lasu, aby przejeżdżające TIR’y nie psuły nam noclegu i rozkładamy się na miękkim mchu. Na kolacyjkę uzupełniam przede wszystkim płyny, których z racji zimna niewiele wypijam w trakcie dnia. Próbuję lokalnych specjałów w postaci białego sera ze Spółdzielni Mleczarskiej Osie. Wieczorem i tak nieśmiałe w trakcie dnia słońce chowa się całkowicie za chmurami. W dalszym ciągu lekko kropi, ale że rozkładamy się tego dnia wcześnie, bo kwadrans przed 20-stą jesteśmy już rozbici, to jeszcze jakiś czas cieszymy się naturalnym światłem. Wieczorem myję tylko nogi, bo cholernie zimno.

DZIEŃ 5
2014-06-17 (wtorek)
        Pobudka jak to podczas urlopu – o siódmej rano J Ruszamy dziesięć minut przed ósmą. Parę kilometrów dalej zjeżdżamy z głównej drogi na żółtą za miejscowością Zblewo i kierujemy się do Arboretum Wirty, czyli ogrodu dendrologicznego w Wirtach nad jeziorem Borzechowskim Wielkim. Pierwsza wzmianka o szkółce drzew i krzewów w tym miejscu pochodzi z 1850 r., więc spodziewamy się nie lada atrakcji i się nie mylimy. Nie jesteśmy jakimiś znawcami przyrody, tym bardziej dendrologami, ale widoki są „przepyszne”. Obszar do zwiedzania jest ogromny – ponad 30 hektarów i aby to w miarę dokładnie obejrzeć trzeba dysponować minimum trzema godzinami. My mamy trochę mniej. Największe wrażenie robią na nas wysokie drzewa, w których ledwo co sięgamy wzrokiem korony. Notuję sobie parę ciekawych „krzaczków” do posadzenia na swoim ROD-osie (Rodzinnym Ogródku Działkowym ;-) ). Jesteśmy uczciwymi zwiedzającymi - udaje nam się zapłacić przy wyjściu. Z racji niskiej frekwencji o porannych godzinach przy wejściu nikt nie stoi.
        Kierujemy się w stronę miejscowości Kościerzyna. Ruch na „żółtej” okazuje się nadzwyczaj duży, szybko odbijamy w drogę lokalną na Liniewo. Łapiemy trochę szutrówki po drodze, aby chwilę później móc „cieszyć się” z paru kilometrów drogi międzymiastowej. Na niej ruch jest na tyle duży, że stajemy dwukrotnie, aby odetchnąć i się zastanowić czy oby na pewno dobrze robimy jadąc dalej. Poświęcamy się, bo chcemy dojechać do Wieżycy – najwyższego naturalnego wzniesienia polskich pojezierzy o wysokości prawie 330 metrów n.p.m. Dodatkowo na szczycie ma się znajdować wieża widokowa, wysoka na 35 metrów, zatem niedługo potem staję już z Kubą na wysokości prawie 370 metrów i podziwiamy panoramę. Znajdujemy się nad wierzchołkami drzew. Dla osób o słabych nerwach krótka notatka: wieża widokowa ma konstrukcję stalową, ale musi się trochę uginać, co naprawdę się odczuwa na samej górze. Niekiedy odnoszę wrażenie, że wieża „tańczy”, ale jak każda konstrukcja stalowa musi „pracować”, bo by szybko pękła z nadmiaru naprężeń. Pod samą wieżę można z pewną dozą zawziętości dojechać rowerem (nawet z sakwami). Wejście na wieżę kosztuje jedynie 6 złotych.
       
Po ekspresowym zjeździe ze wzgórza (Kuba szybciej zjechał, ale za to wolniej wjeżdżał ;-) ) kierujemy się na Stężyce. Zatrzymujemy się jeszcze przy lokalnych atrakcjach w postaci domku do góry nogami i najdłuższej desce świata, ale wstęp wydaje nam się za drogi (15 złotych) w stosunku do panującego wokół odpustu. Pół godzimy później jemy sobie obiad na przystanku autobusowym – pyszny makaron z parówkami. Parę minut po rozstawieniu palnika gazowego pojawiają się miejscowe pijaczki ‘kaszubskie’ i odnosimy dziwne wrażenie, że od rana czatowali na pojawienie się sakwiarzy. Opowiadają nam o tępieniu języka kaszubskiego w czasie PRL (dzisiaj dialektem tym posługuje się na co dzień nieco ponad 100 tys. osób), obecnej sytuacji ekonomicznej w regionie, a nawet dzielą się z nami spostrzeżeń dotyczącym braku ławki na przystanku. Według nich ukradł ją premier Tusk. Niesamowite, że te zjawisko obwiniania jednego człowieka o wszystko co złe jest tak powszechne. Towarzyszą nam przez cały okres przygotowywania posiłku jak i również podczas jedzenia. Zamiast wypoczęci po przerwie to odjeżdżamy zmęczeni ciągłą rozmową, która może i by była ciekawa gdyby nie fakt, iż z racji upojenia alkoholowego naszych interlokatorów rozumiemy co drugie słowo do nas wypowiedziane.
        Przez cały dzień pogoda dopisuje – w słońcu nawet 25 stopni, co naprawdę jest gratką podczas tej wyprawy. Zimny wiatr psuje trochę atmosferę, ale i tak jest lepiej niż w dniach poprzednich. Udaje nam się znaleźć miejsce do noclegu zaraz za wsią Jamno, paręnaście kilometrów przed miastem Bytów.

DZIEŃ 6
2014-06-18 (środa)
        Noc przespana, pobudka jak zwykle. W Bytowie liczymy na atrakcje na zamku, ale okazuje się że jest on mocno przebudowany, przerobiony na cele muzealno-hotelarskie, więc po krótkiej rundce wokół niego, ruszamy dalej.
        Przy wyjeździe z Bytowia żółtą drogą ruch okazuje się na tyle duży, że rezygnujemy z jazdy prosto na południe. Nadkładamy drogi, ale przebiega ona za to znacznie milej. Mijamy Studzienice i Sominy. Nawet udaje nam się trochę kilometrów zrobić po oficjalnie wytyczonych trasach rowerowych, choć nawigacja nimi to nie lada wyczyn. Trzeba stawać co chwila - są poprowadzone nieco chaotycznie.
        Dojeżdżamy do miejscowości Drzewicz - to szereg ośrodków wypoczynkowych. W jednym z nich bierzemy wodę. Zaraz później skręcamy do Parku Narodowego Bory Tucholskie. Przy wjeździe są tabliczki o opłatach (3 złote), ale nie ma gdzie ich uiścić. Uczciwie stajemy, mówimy, że chcemy zapłacić, ale że nikt nie odpowiada, to ruszamy w głąb dziczy. Staramy się trzymać wyznaczonego szlaku i chyba nam się to udaje, bo w okolicach Chojnic udaje nam się wyjechać z Borów. W Borach nie spotykamy nikogo. Główna atrakcja to dąb Bartek, który tam już stoi przeszło 600 lat i mierzy 25 metrów wysokości, a jego obwód pnia w najszerszym miejscu to 670 cm. Robimy sobie z nim selfie, parę minut leżymy na łące, aby wsłuchać się w otaczający nas „hałas” natury. Szum strumyka, śpiewanie ptaków – naprawdę harmider, ale zgoła odmienny od tego w miastach. Dąb stoi na przecięciu kilku szlaków turystycznych, więc naprawdę łatwo na niego trafić. Z ciekawostek można dodać, iż w Borach Tucholskich udało nam się znaleźć krzyż napoleoński (replikę już obecnie) postawiony przez Polaków z armii francuskiej przemieszczającej się tędy w roku 1812.
        Obiad jemy zaraz po wyjeździe z Borów Tucholskich – standardowo makaron z dwiema puszkami tuńczyka. Jeśli dobrze pamiętam, dostaliśmy te puszki w tak wysokiej cenie, że Kuba przez parę minut utyskiwał, że wysłać mnie po zakupy to od razu kupię jakąś mega drogą rybę ;-) Wjeżdżamy na drogę krajową nr 22 w kierunku Człuchowa. Ruch spory i brak pobocza daje nam się szybko we znaki. Na szczęście po paru kilometrach zaczyna się ścieżka rowerowa prowadząca do miasta. Robimy po drodze zakupy na wieczór i ranek i szukamy atrakcji w Człuchowie - zamku krzyżackiego. Trochę musimy popytać miejscowych o niego, ale w kwadrans jesteśmy pod jego murami. Zamek okazuje się w renowacji i do tego jest zamknięty – spóźniliśmy się pół godziny. Ciekawostką jest fakt, że zamek ustępował wielkością tylko temu w Malborku. W chwili obecnej niewiele z niego zostało – w XIX wieku został w większości rozebrany na odbudowę miasta po pożarze.
        Wyjeżdżając z miasta próbujemy odszukać drogę lokalną na Sieroczyn i Rezerwat „Sosny”, ale nie udaje się nam to. Skręcamy na północny zachód dopiero w miejscowości Barkowo. Bierzemy wodę z napotkanego ośrodka przemysłowego – w trakcie kąpieli jest jeszcze trochę ciepła. Parę kilometrów później zmęczeni całym dniem skręcamy na pole i „cumujemy” przy gigantycznych kopcach ziemnych. Jak się okazuje później są to gigantyczne odchody, prawdopodobnie kurze z jakimiś domieszkami jako nawóz naturalny. Z początku tego nie czujemy z racji sprzyjającego wiatru, ale po kwadransie i chwilowej zmianie kierunku wiatru smród aż w oczy szczypie. Jakoś jednak zasypiamy…

DZIEŃ 7
2014-06-19 (czwartek)
        Rano, zgodnie z zapowiedziami otrzymanymi z rodzinnych domów, niebo jest zawalone chmurami, ale na szczęście nie pada. Udaje nam się ruszyć przed 9:00. Miny mamy nietęgie, bo praktycznie zawsze ruszamy w swetrze – ani razu nie było tak ciepło, aby wyjechać w przewiewnym t-shircie! Dzisiaj jest wyjątkowe święto kościelne, obchodzone przez świeckie państwo – Boże Ciało. Boimy się zamkniętych sklepów, ale okazuje się, że kompletnie niepotrzebnie.
        Przejeżdżając przez miasto Czarne zauważamy termometr, który o 10:30 pokazuje 15 stopni Celsjusza. Jak na połowę czerwca to jest dużo poniżej średnich miesięcznych temperatur powietrza w tym rejonie. Robi się na tyle zimno, że przebieramy się w długie spodnie. Dysponujemy tylko rękawiczkami „krótkimi”, ale wierzcie, że przydałyby się pełno palczaste. Jedziemy dalej 201-ką, która zbiega do krajowej 20-tki. Tą ostatnią jedziemy niespełna kilometr po czym skręcamy ostro w lewo w drogę lokalną na Żółtnicę. Droga do miasta Borne Sulinowo, które przez prawie 50 lat (do roku 1992 r.!) było wyłączone spod administracji polskiej (na mapach było widoczne jako „tereny leśne”), jest w znacznej większości miękkim błotem leśnym. Z racji opadów droga, tylko gdzieniegdzie utwardzona, całkowicie rozmiękła. Taką drogą jedziemy przez ponad 15 kilometrów. Po drodze napotykamy po środku lasu TIR’a z drewnem z dwójką ludzi, którzy wyglądali na całkowicie zaskoczonych naszą obecnością.
        Parę kilometrów przed dawnym garnizonem wojskowym napotykamy na cmentarz wojsk radzieckich, członków ich rodzin i pracowników cywilnych. Miejsce pochówku zostało założone w roku 1945 – od razu po zdobyciu przez Armię Czerwoną stacjonującego tu niemieckiego kompleksu militarnego. Znajduje się tam ponad 340 mogił, z czego prawie połowa jest określona jako ‘Nieznany’. Co nas zadziwia to fakt, że jest bardzo zadbany – rzesza ludzi musi dbać o te groby, a nazwiska na nagrobkach są stricte rosyjskie. Ciekawym zwyczajem jest kładzenie zabawek pluszowych przy grobach dzieci, których było stosunkowo dużo – widocznie brak dostępu do odpowiednich warunków sanitarnych i hospitalizacji dawał żniwo w postaci wysokiej umieralności w latach najmłodszych.
        Nie łudzimy się, że znajdziemy w prosty sposób schrony po przewoźnych wyrzutniach nuklearnych, a jazda po lesie przez parę godzin odpadała – nie wiemy nawet, w którym miejscu szukać. Dysponujemy tylko znalezioną wzmianką w internecie, że znajdują się one w okolicznych lasach.
        Przy wyjeździe z Borne Sulinowa napotykamy na miejscowego pasjonata, który przez 15 minut opowiada o wale pomorskim, części systemu umocnień wschodniej granicy III Rzeszy. Według jego informacji w mieście stacjonowało 25 tys. żołnierzy i prawie 1000 czołgów. Trudno nam to zweryfikować, więc pozostaje tylko wierzyć.
        Z miasta poprowadzona jest betonowa droga w dobrym stanie, śmiem podejrzewać, iż zbudowano ją jeszcze podczas niemieckiej bytności podczas II wojny światowej. Do położonej najbliższej większej miejscowości – Czaplinka – jedziemy w lekkiej mżawce. Nagle pojawiają się pagórki, które wraz z silnym wiatrem w twarz ostro dają nam w kość. W Czaplinku postanawiamy odpocząć – ogrzać się i coś zjeść. W napotkanym barze zajadamy się mięsem z frytkami i zapijamy mnóstwem gorącej herbaty. Gdy kończymy jeść i przestaje też w końcu padać, zatem ruszamy prosto na południe na Mirosławiec. Jedzie się już znacznie przyjemniej i szybciej, choć pod wieczór znów zaczyna kropić. Parę kilometrów przed Tucznem, zjeżdżamy w prawo i zaraz za wsią Wrzosy udaje nam się rozbić, przy asyście wątłych promieni słonecznych, dwu namiotowe obozowisko. Mimo stosunkowo długiego szukania miejsca na nocleg okazuje się, że i tak jesteśmy widoczni z pobliskiej polnej drogi, ale w zamian mamy piękny widok na okoliczne pola. Na wieczór zauważamy przejechany tego dnia dystans – prawie 136 km, co zostanie rekordem tej wyprawy. Przed wskoczeniem do śpiwora golę się, ale na kąpiel z racji temperatury już się nie decyduję.

DZIEŃ 8
2014-06-20 (piątek)
        Pada od około 4 rano i tak przez pięć godzin. W takich sytuacjach ustalamy sobie krańcową godzinę, w której niezależnie od tego co się dzieje, pakujemy się i jedziemy. Na szczęście w tym przypadku przestaje padać o rozsądnej porze, a my już praktycznie spakowani, zwijamy szybko namioty i ruszamy.
        Niespełna 10 kilometrów dalej wjeżdżamy do Drawieńskiego Parku Narodowego, który w roku 2015 obchodził 25-lecia swego istnienia. Park wita nas prawie 20 kilometrowym odcinkiem „brukówki” na zmianę z podłą drogą leśną, całkowicie rozmiękczoną opadami deszczu. W lesie spotykamy dwa TIRy (już drugi raz na wycieczce taka sytuacja) – spuszczają paliwo w jednym z nich. Naprawdę dziwny i nieznany to dla nas proceder.
        Pierwszy postój robimy dopiero na 33 kilometrze – trwa on bite 45 minut ze względu na silne opady. Na szczęście lokalny sklep jest nieopodal, więc co i raz posilamy się owocami czy też innymi słodkościami. Mamy zadaszenie, ale zimno doskwiera. Napotkany miejscowi opowiada nam, że odkąd utworzyli Park Narodowy to wszystko siadło – zero ruchu, a kiedyś były tu ośrodki wypoczynkowe Telewizji Polskiej czy innego molocha państwowego w czasach PRL. Z ciekawostek - powiedział, że 500 m od naszego punktu postojowego przebiegała granica niemiecko-polska w międzywojniu. Wspomina też o budowlach militarnych Wału Pomorskiego, ale znajdują się one w głębi lasu i wcale nie tak łatwo na nie trafić. W międzyczasie deszcz nieco odpuszcza i ruszamy czym prędzej. Kuba jest nieco załamany, bo ciągłe opady i zimno powodują, iż jego patent z reklamówką na stopach kompletnie się nie sprawdza – nogi się pocą, a i tak deszcz wpada do środka. W pewnym momencie aż trzęsie się biedak z zimna, a ja nie mam mu jak pomóc. Wspieram jedynie psychicznie poprzez śmiech, aby dotrwać do momentu aż ruszymy. Padać przestaje po prawie godzinie – ruszamy od razu. Nie na długo. Do Drezdenka jedziemy w ulewie. Cali zmarznięci i zniechęceni stajemy w przydrożnym barze – woda z nas po prostu cieknie. Ja i tak mam szczęście – mam ochraniacze przeciwdeszczowe na buty, dodatkowo trochę ocieplane, co oznacza, że mam tylko lekko wilgotne skarpetki. Kuba też zdejmuje buty i skarpetki i suszymy wszystko podczas trwającej prawie godzinę naszej wizyty w barze.
        Deszcz niestety nie słabnie. Napotkani mieszkańcy w barze twierdzą, że ma padać cały kolejny tydzień, choć podchodzimy do tego sceptycznie, bo jednak to rzadkość w czerwcu. Na 90 km zaczyna się dopiero przejaśniać – wychodzi słońce! Nocujemy parę kilometrów przed miejscowością Pszczew w uroczym zagajniku. Nawet udaje nam się wykąpać w blasku zachodzącego słońca. Godzinę później znowu robi się ziąb. Rozbiliśmy się blisko ogrodzenia postawionego przez leśników, chroniącego młody las. Korzystamy z tego parkanu i rozwieszamy wszystkie mokre rzeczy, wierząc, że w nocy nie będzie padać.  

DZIEŃ 9
2014-06-21 (sobota)
        Wstajemy ciut wcześniej, bo o 6:40. Szybko się zbieramy i niespełna dwie godziny później jesteśmy już na drodze. Do Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego (MRU), zwanego inaczej Umocnionym Łukiem Odry i Warty, mamy około 30 km. Połowę drogi pokonujemy pod wiatr, drugą połowę z wiatrem bocznym. Innymi słowy – nie pada, ale i tak jedzie się słabo. Naciskamy mocno na pedały i jesteśmy na miejscu w Pniewie o 10:10 – 20 minut przed startem 1,5 godzinnej trasy do zwiedzania kompleksu podziemnego (mamy cynk wcześniej o godzinie zwiedzania i stąd wyczuwalny pośpiech). Przewodnikiem okazuje się dwudziestoparoletni chłopak – hobbista. Mówi ciągle z pasją i zna odpowiedzi na większość pytań zwiedzających (nawet tych ‘głupich’). Są też wycieczki całodniowe, ale raczej nie nadajemy się na przebywanie ośmiu godzin pod ziemią w temperaturze 10-12 C, mając na uwadze, że zimno mamy od ponad tygodnia i szczerze mamy tego już dosyć.
        Jeszcze parę słów o samym umocnionym łuku. Łączną długość podziemnych korytarzy szacuje się na nawet 35 km, choć plany niemieckie były znacznie bardziej rozbudowane. MRU budowało 40 tys. ludzi przez 10 lat. Trzeba podkreślić, że jest to jedno z największych podziemi fortyfikacyjnych świata. Gdyby Hitler zrealizował swój plan do końca (a zdążył tylko w 1/3) – bezapelacyjnie byłaby to najpotężniejsza i najnowocześniejsza linia umocniona świata. Po 80 latach z powodu wysokiego stanu wód w tych rejonach część tuneli jest zalana. Dodatkowo po wojnie próbowano odzyskać stal pancerną z elementów typu drzwi itd., co niestety tylko zrujnowało poszczególne obiekty. W tym rabunku brały udział takie firmy jak Gerlach. W latach 80-tych XX wieku zaistniały plany umieszczenia w najgłębszych tunelach podziemi centralnego odcinka magazynu odpadów radioaktywnych, ale protesty okolicznych mieszkańców skutecznie zablokowały ten pomysł. W latach 90-tych organizowano tutaj dyskoteki i wesela, ciężko mi sobie wyobrazić suknie ślubne na 12 stopni temperatury, ale podobno pomieszczenia broniły się dobrą akustyką. Na szczęście wszystkie te próby zagarnięcia MRU nie zniechęciły nietoperzy, które się tam osiedliły kilkanaście lat po zakończeniu II wojny światowej i mogą dalej spędzać tu zimy. Według najnowszych doniesień zimę 2014/2015 spędzało w podziemiach prawie 40 000 sztuk nietoperzy z 9 gatunków. Jest to dla nich miejsce na tyle atrakcyjne, iż przylatują tutaj z odległych o ponad 250 km miejsc. Pierwsze miejsce pod kątem liczby tych małych ssaków zajmuje jaskinia Sura Mare w Rumunii – gości co roku dwa razy więcej nietoperzy niż MRU, a niektóre szacunki mówią o 100 tysiącach!
        Z MRU zapamiętamy na pewno dużą wagę wszelkich rzeczy – kopułka o średnicy kilku metrów ze stali wolframowej potrafi ważyć ponad 50 ton, a kule wtapiały się w nią, w ogóle jej nie uszkadzając. Do centralnego odcinka schodzimy pięć pięter w dół, a później pokonujemy 8 pięter do góry. Z ciekawostek od Przewodnika(tego nie znajdziemy w oficjalnie dostępnych broszurach) zapamiętamy, że stacjonujące w MRU wojsko polskie z niewiadomych przyczyn pomalowało na biało ściany i sufity tuneli, co spowodowało powstanie echa w podziemiu. Oryginalnie wylany szary beton charakteryzował się porowatością, co blokowało powstanie zjawiska echa. Cały obiekt kosztował hitlerowskie Niemcy przeszło 1,8 bln marek – dla porównania w tamtych latach samochód Garbus kosztował około 1000 marek. MRU miało zatrzymać obce wojska w drodze na Berlin – okazało się to kompletnym niewypałem. Wszelkie systemy filtracji powietrza działają do dzisiaj. MRU budowano bardzo szybko, pomimo braku tarcz drążących. Zaraz przy wejściu do podziemi w Pniewie znajdują się „zęby smoka”, mające za zadanie zatrzymać najazd czołgów - tworzyły ją żelbetowe bryły, o kształcie ostrosłupa ściętego wysokie na około metr. Były one ustawiane w kilku rzędach na wspólnym fundamencie. Budowle te miały spowolnić czołgi przeciwnika na tyle, że stawały się łatwym celem dla oddziałów przeciwpancernych, odsłaniając najsłabsze miejsce w czołgu, czyli „brzuch”. Przewodnik wspomina też o „zębach hipopotama” – drewnianych, okrągłych palach wbitych w ziemię. W latach 1940-1943 znajdowała się w MRU fabryka silników samolotowych firmy ‘Daimler-Benz’ na 1500 stanowisk roboczych, choć niektórzy poddają to informację pod wątpliwość i twierdzą, że tylko regenerowano tam silniki, a nie produkowano. Jej pracownicy umierali po około 4 dniach, ponieważ podczas produkcji części wytwarzane były trujące opary magnezu. Zatrute osoby cyklicznie wymieniano na nowe. Warto się czasem zastanowić, skąd wziął się sukces w przemyśle niektórych firm po zakończeniu II wojny światowej. W podziemiach znajdziemy również kolejkę, która osiągała prędkość 30 km/h i służyła do transportu ludzi, węgla i amunicji. Była używana od początku budowy i po prostu nie rozbierano jej po zakończeniu prac, pozwolono jej dalej służyć.
        Po wyjściu z MRU podejmuję decyzję, że nie jadę dalej – zabiorę się z Poznania do domu, tak jak Kuba. Ciągły opad deszczu upewnia mnie tylko w tym. Dodatkowo odczuwam brak motywacji, który zresztą parokrotnie sygnalizowałem podczas tej wyprawy. Zwiedzamy jeszcze po drodze w Świebodzinie figurę ‘Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata’. Kuba nawet decyduje się na okrążenie największej rzeźby przedstawiającej Jezusa na świecie. Ja zostaję na dole i słucham z głośników Radia Maryja.
        Nocujemy w lesie, 45 km od Poznania. Miejsca szukamy stosunkowo długo, nie chcąc rozbijać się w totalnym błocie.

DZIEŃ 10
2014-06-22 (niedziela)
        Wstajemy z lekkim niedowierzaniem, że to ostatni dzień, ale jednak. Z jednej strony niezbyt szczęśliwa pogoda i brak motywacji na dalszą jazdę, z drugiej pewien niedosyt, który Kubę trzyma, jak się później okazało, jeszcze długie tygodnie po powrocie do domu.
        Do dworca w Poznaniu dojeżdżamy mając ponad 50 km przejechane. Miasto spore, jestem w nim pierwszy raz. Dużo ścieżek rowerowych poprowadzonych w miarę sensownie. Szybko znajdujemy swoje pociągi i późnym popołudniem jesteśmy w domach.

ZAKOŃCZENIE
        To była druga tak krótka wspólna wyprawa z Kubą. Pierwsza, jeszcze krótsza, bo ośmiodniowa była w roku 2006 na Litwę, Warmię i Mazury, podczas której nie dane nam było nawet przekroczyć 900 km.
        Co do wydanych pieniędzy to wyprawa kosztowała mnie 300 zł plus bilet z Poznania do Warszawy za 60,90 zł, co daje średnio około 36 zł dziennie. Całkiem sporo, a przecież na noclegi i wodę nie wydaliśmy ani grosza.
        Reasumując - w moich oczach nie była to udana wyprawa. Trudna ze względu na pogodę, trudna ze względu na atmosferę panującą w domu na tamtą chwilę, psychika tego nie zniosła. Co więcej, w ostatnim dniu oznajmiłem Kubie, iż jest to moja ostatnia wyprawa. Kuba nie wierzył, nie chciał wręcz o tym słyszeć i traktował to jako zwyczajowy żart, ironię z mojej strony. Po przyjeździe do domu, co parę tygodni wysyłał sms’a z pytaniem czy to moja ostateczna decyzja z tymi wyprawami. Nie ma co ukrywać – szybko zmiękłem. Motywacji nabrałem już po miesiącu, kiedy to ustanowiłem nowy przebieg dzienny 300 km.
        Po paru miesiącach sam czułem niedosyt. Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie po tylu latach innej formy wypoczynku jak jazda rowerem z sakwami i nocowanie w lesie…

Do góry