Dziennik

DZIEŃ 1
2021-06-03 (czwartek)

   Pakuję się dnia poprzedniego do 22:30, a że bezpośrednio przed pakowaniem miałem pewną "atrakcję", więc szybko zasypiam zmęczony. Budzę się kwadrans po szóstej. Ciut leniwe śniadanie, ostatnie sprawdzenia, tuż przed moim wyjściem budzi się Witek - szybki buziak na do widzenia i w drogę. Ruszam przed ósmą. 
    Pamiątkowe zdjęcie obok sklepiku osiedlowego nie wychodzi nadzwyczaj urodziwe, ale co tam - ważne, że nie zapomniałem! Jest ciepło - po godzinnej jeździe zdejmuję długi rękaw i zastępuje go krótkim. Jadę wzdłuż Kanału Żerańskiego, znaną mi dobrze ścieżką, aż do Zalewu Zegrzyńskiego. Droga rowerowa jest nowa i mogła powstać dzięki wycięciu bodajże 200 dorodnych drzew - komiczne. Oczywiście posadzono z kilkadziesiąt "kikutów", które nie urosną do rozmiarów tych wyciętych za mojego życia. 
    Szybko docieram nad Zalew. Jadę jego południową stroną, a następnie zachodnią. Od tej pory staram się trzymać jak najbliżej rzeki Narew. Aby zacząć wyprawę u ujścia Narwii musiałbym pojechać na zachód do oddalonego o ponad 20km Nowego Dworu Mazowieckiego, gdzie rzeka wpływa do Wisły. Nie widzę w tym sensu, zresztą musiałbym wracać po tej samej ścieżce co bym tam się zjawił, a nie lubię tego.
    W Serocku przeprawiam się na drugi brzeg Narwi. Wjeżdżam na zaniedbane drogi szutrowe i leśne - te ostatnie mocno zapiaszczone. Kilkukrotnie pcham rower i ogólnie zwalniam tempa. Na odcinku Narwi na wysokości Pułtuska znajduje się Nadbużański Park Krajobrazowy, o którego zahaczam. Tego dnia, w Boże Ciało, nie ma problemu z dostępnością do sklepów - lokalne sklepy są dostępne. Zapobiegliwie wypijam nawet dwa jogurty zdając sobie sprawę, że pierwszego dnia zapewne spędzę więcej godzin na siodełku i jelita będą "stały".
    Na 50km czuję jak mi zaczyna "pływać" tylne koło. Zsiadam z roweru, dopompowuje wierząc, że to tylko wentyl puścił na wertepach. Robię tak jeszcze dwa razy i mówię dosyć. Na 65km wymieniam dętkę na świeżą - stara była dwukrotnie łatana, a sama guma w rękach już się kruszyła. Jeszcze przy wymianie uszkodziłem sobie łapę od v-break'a, więc cały serwis trwa grubo ponad pół godziny. Dłonie mam całe brudne (mam rękawiczki lekarskie, ale po co zakładać?!), ale powietrze już nie uchodzi z koła. Od tego momentu zaczynam się nieco obawiać stanu opon, gdyż z braku czasu nie wymieniłem ich na nieco świeższe - zostawiłem te co były. Opona przednia jest totalnym slickiem i nie trzyma się nawierzchni, a tylna opona jest miejscami pokaleczona aż do oplotu.
    Obiadu tego dnia nie robię - mam kanapki wzięte z domu ze schabowymi :-) Na wysokości miejscowości Goworowo (k. Różan) biorę wodę od miłego Gospodarza, a że od razu zaczynam z tekstem, iż wolę ze studni, to Pan odpowiada, że "Zgoda, lepsza jest ze studni, widzę, że z Pana chłop nie taki miastowy". Rozgaduje się i opowiada, że jak był młody to do Warszawy jeździł rowerem i mu 100km wychodziło! I ma rację - tyle też mogło być, a podejrzewam, że Pan jeździł wtedy Wigrami z jednym przełożeniem lub coś podobnym. Tym bardziej szacunek.
    Za Goworowem trzymam się linii kolejowej na północ aż do Ostrołęki. Przejeżdżam na prawy brzeg rzeki, który notabene ustalany jest pod kątem obserwatora, który patrzy na rzekę w dół jej biegu, a ja jadę w kierunku przeciwnym do jej biegu. Nie udaje mi się zanocować na wysokości miejscowości Księży Las, która znajduje się na północ od Ostrołęki i faktycznie jest tam odcinek ładnego lasu. Powód trywialny - brak wody na nocleg. Dopiero 5km dalej, za Łęgami Starościńskimi, wjeżdżam do lasu z gęstym poszyciem, gdzie bez trudu udaje mi się znaleźć fajną miejscówkę. Sporo przejechane w nogach, ale siły dopisywały. Zrzucenie 2-3kg, czteromiesięczne ćwiczenia na ściance wspinaczkowej zaowocowały zdecydowanie lepszą formą na wyjściu. Do tego pogoda idealna na rower - lekki wiaterek, temperatura 22-23 stopnie.
    Podczas jedzenia kolacji zauważam, iż wziąłem niepasujący kabel do smartfona, którego miałem podładować powerbankiem trzeciego dnia wyprawy. Dobrze, że zauważam to na początku wycieczki, gdyż od tego momentu przełączam komórkę w tryb oszczędzania energii i tak bez problemu udaje mi się utrzymać dostęp do mapy na Samsungu do końca wyprawy. Tego dnia po drodze mijam miejscowości o ciekawie brzmiących nazwach jak Ostrokół czy Kółko :-)
    Wieczorem obowiązkowa kąpiel, gorąca herbata, kolacja i lektura - tym razem poszedłem w filozofię z czasów PRL: Rozważania o życiu ludzkim, autor Stefan Kaczmarek. Pozycja dość ciekawa, co 4 strona okraszona wzmianką o Marksie i Leninie, ale pozostałe 3 strony napisane porządnie i z pasją, okraszone ciekawymi cytatami i anegdotami. 
    Wieczorem lekko się ochładza, ale jest nadal przyjemnie. Przed 21-wszą zmęczony zasypiam...

DZIEŃ 2
2021-06-04 (piątek)

    Przebudzam się w nocy ze dwa razy. Temperatura spada odczuwalnie, ale letni śpiwór w zupełności wystarcza. Zapominam, że na liczniku rowerowym mam jeszcze czas zimowy i po obudzeniu leniwie się przygotowuję do wyjazdu. W trakcie pakowania odwiedza mnie kozioł sarny. Stajemy naprzeciwko siebie w odległości około 50 metrów. On na lekkim pagórku, ja w dolinie. "Szczeka" głośno i dosadnie - czyżby to był jego skrawek lasu? Po paru sekundach oddala się, a ja jeszcze przez chwilę słyszę jego tupot racic i szczekanie.
    Wyruszam o 8:00, ale tak naprawdę jest już godzinę później. Dopiero po godzinnej jeździe zaglądam do komórki i zauważam swój błąd. Niezłe gapiostwo. Ma to swoje jednak dobre strony - wyspałem się do woli!
    Jadę na północny-wschód na Zbójnę. Dopiero po 200km jazdy wjeżdżam na drogę wojewódzką (nie licząc krótkich odcinków w okolicach W-wy i Zalewu Zegrzyńskiego). Na szczęście jest pusto i w dalszym ciągu delektuję się jazdą, choć od południa teren zmienia się z płaskiego na lekko pagórkowaty. Mimo lepszej formy w tym obszarze bez zmian - lekkie nawet wzniesienia zaczynam odczuwać na pedałach i już się nie wspinam "śpiewająco" na nie.
    Przed Nowogrodem skręcam na północ i w Serwatkach wjeżdżam z powrotem na drogi lokalne. Jadę w dalszym ciągu wzdłuż rzeki Narew, niekiedy ją widząc w dolinie, a niekiedy jest dosłownie przy drodze. Zahaczam o Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi. Mijam historyczną miejscowość - Wiznę. Kieruję się następnie na wieś Wierciszewo, gdzie jest na mapie papierowej zaznaczony most przez Biebrzę. Kilometr przed obiecaną przeprawą coś mnie tknęło i odpaliłem mapę na smartfonie. Co się okazało? Że żadnego mostu nie ma. Dopytuje się u miejscowych jak jest naprawdę. Okazuje się, że jest przeprawa-prom, ale czynny tylko w miesiącach letnich i zazwyczaj startuje pod koniec czerwca. Super, nadkładam z 5km drogi, aby to usłyszeć. Trudno. W zamian czeka mnie 6km drogą krajową, na szczęście okazuje się ona ze znikomym ruchem, choć bez pobocza. Samochody jadą "falami", więc momenty ciszy są przeplatane rykiem silników. Da radę wytrzymać.
    Długo oczekiwany obiad robię na 90. km na polance. Oddaję się kontemplacji przez czterdzieści parę minut i ruszam dalej. Kieruję się na Zawady. Przed miejscowością Jeżewo przekraczam krajówkę nr 8 i jadę wzdłuż Narwiańskiego Parku Narodowego. Nie mając nic na kolację zbaczam z obranej drogi na pobliską wieś. Rzadko tak robię ze względu na złośliwość losu, który i tym razem był dla mnie srogi. Nadkładam 3km, a sklepu we wsi nie ma, a byłem prawie pewny, że jak jest Kościół to i sklep nieopodal będzie. Człowiek jednak musi więcej jeździć lub czasy się zmieniają ;-) Wracam na wyznaczony szlak i po 2km ukazuje mi się skromny sklepik. Mapa twierdziła coś innego - obszar niezabudowany.
    Nocuję w lesie za sią Łupianka Nowa. Komarów ze 30 wokół mnie podczas rozstawiania namiotu. Głodne niemiłosiernie... Po kąpieli jest ciut lepiej, bo pachnę mydłem, a nie całym dniem. Noga kolejny dzień dobrze "zapodawała", ale odczuwałem kucie od 80. km w tylnej dolnej części lewego uda. Wieczorem przebiega tuż obok namiotu niczego nieświadoma sarenka. Na kolację jem jogurt naturalny z pestkami słonecznika - nawet niezłe, ale nie tak sycący jak z musli. Z całego dnia zapamiętuje zabawną sytuację podczas robienia zakupów na kolację. Sklepikarz nakłada mi słodką bułkę za pomocą łopatki - myślę sobie: "Ale się zmieniło po COVID", ale jak już poprosiłem o dwie kajzerki to bez chwili zastanowienia nałożył je "gołą" ręką. I tak wszystko zjadłem :-) Jeszcze poradę miejscowego Pana, u którego brałem wodę na nocleg: "Jedź Pan ciut dalej zanocować do lasu sosnowego, tutaj zaraz będzie olchowy, ale tam teren podmokły. Po co na bagnach spać!". Nie sposób mu odmówić racji! Wysyłam sms'y do domu i zasypiam szybko.

DZIEŃ 3
2021-06-05 (sobota) 

    Tym razem budzę się o prawidłowej godzinie - w czasie letnim. Niebo ładniutkie, w nocy nawet kropla nie spadła. Rano komary tną znacznie mniej, co jednak nie oznacza, że nie są dokuczliwe. Spało mi się znowu słabo, zazwyczaj śpię jak suseł, a tutaj druga noc dość słaba. Śpię 9 godzin, więc tragedii nie ma. Zdaje się, że ruszam w okolicach 8:30.
    Ospałe z rana Łapy mijam z południa dość szybko i kieruję się na Suraż. Tą ścieżkę już znam, jechałem nią kilka lat temu z Kubą. Na pewno rozpoznałem sklep spożywczy, w którym się wtedy zatrzymaliśmy. Zatrzymałem się też ja w nim teraz. Staram się odnaleźć ośrodek wypoczynkowy koło wsi Ploski, gdzie wielokrotnie spędzałem wakacje w młodości, ale nie dane mi jest go znaleźć. Z tego co się dowiedziałem jest on już nieczynny i chyba odszedł w zapomnienie. Tabliczka jeszcze wisiała, ale drogi nie było do niego - zarośnięta. Gruntówką omijam sprytnie odcinek krajówki. Tego dnia to z 25km dróg utwardzonych i leśnych zaliczam, w różnym stanie. W trakcie jazdy napotykam drewnianą cerkiew z grobami okraszonymi cyrylicą - piękne pismo. 
    Do miasta Narew docieram dość sprawnie, gdzie podziwiam wystawę paru pojazdów wojskowych przy stacji benzynowej. Robię ich zdjęcia dla Syna, który jest fascynatem wojska. Do najdalej wysuniętego punktu na wschód mojej wycieczki - Siemianówki - dojeżdżam około godziny 16stej. Parę km przed Zbiornikiem robię obiad na przystanku (tradycji musi być zadość!), a jeszcze wcześniej udaje mi się napotkać słup informacyjny o pozostałościach Puszczy Ladzkiej na tym obszarze jak i wjechać do strefy nadgranicznej. Jeśli chodzi samo Jezioro Siemianówka, a raczej zbiornik, bo jest całkowicie sztuczny, to po przeczytaniu paru informacji na ten temat, można dojść do wniosku, iż zbiornik powstał z tego samego względu jak powstają i teraz duże przedsięwzięcia w Polsce, czyli by wydać cudze pieniądze i na tym zarobić. Czasy się zmieniają, ale ludzie już nie. Chyba, że realizatorzy tej budowy byli świadomi, iż niespełna 20 lat później scenarzysta "Opowieści z Narnii" użyje tafli jeziora do nakręcenia sceny, w której dzieci i bobry decydują się iść w poprzek zamarzniętego jeziora, zamiast go obejść, aby szybciej zdążyć na ratunek Edmundowi.
    W tych okolicach również już byłem i wspominam dobrze - szczególnie emocjonującą przeprawę mostem kolejowym przez sam środek jeziora! Z Siemianówki kieruje się na południowy zachód na Narewkę, a stamtąd na Hajnówkę, ale że droga okazuje się dość ruchliwa to w jej połowie, w Nowosadach, odbijam na zachód na Trywieżę.
    Nocuję przed Łoknicą, dosłownie 5km od miejsca noclegu sprzed kilku lat. Kiedyś zaznaczałem na mapie miejsca noclegów "krzyżykiem - x". Zrezygnowałem z tego, ale ślad na mapach papierowych pozostał. W lesie dużo czerwonych mrówek, ale mało kąśliwych. Okazuje się, że od Siedlec dzieli mnie nieco ponad 120km. Dla spokoju planuję wstać pół godziny wcześniej niż zazwyczaj, skrócić przerwę obiadową do minimum i cisnąć - w końcu to ostatni dzień. Planuję być w Siedlcach przed 18stą.
    Cały wieczór umila mi odgłos puszczyka, który dopiero około 22iej postanawia zacząć polować, a ja mogę iść spać. Nad ranem stanowi dla mnie doskonały budzik, bo znów zaczyna swoje "uhuhu..uhuuhu". Z ciekawostek aptekarskich to prócz multiwitaminy, która ma głównie za zadanie poprawiać smak pitej w ogromnych ilościach wody, to biorę ze sobą "dopalacze" w postaci tabletek: kwasu foliowego, witaminy C, magnezu i żelaza. Mieszanka została skonsultowana z farmaceutą, więc może i coś w niej jest!

     

DZIEŃ 4
2021-06-06 (niedziela) 

    Z rana zgodnie z planem - pobudka pół godziny wcześniej, szybkie pakowanie i ruszam przed ósmą. Tego dnia jest najgoręcej z całej wycieczki. Nie omijam dróg szutrowych, ale jest ich niewiele tego dnia - z 10km. Asfalt jest wszędzie i to niezłej jakości. Jadę przez Orklę i Paprotnię. Nie napotykam otwartego sklepu w porze obiadowej (w niedzielę widzę mniej otwartych sklepów niż w Boże Ciało), więc sięgam do rezerwy i spożywam na placu zabaw chińską zupkę. Obserwuję dzieci bawiące się dronem - nie sądziłem, że to jest tak głośne w powietrzu!
    Tego dnia nie dzieje się dużo, kilometry lecą, prócz ciepłoty to i wiatr się wzmaga na tyle, że czasami przeszkadza to w jeździe. W Siedlcach łatwo znajduję dworzec PKP. Bilet kosztuje mnie niecałe 20 złotych (zapomniałem wziąć zniżki na honorowego krwiodawcę - bym miał 30% taniej, znowu gapa ze mnie!), rower jest "za darmo". Przed jazdą pociągiem zjadam coś na szybko, aby mieć siły stać w wagonie. Na szczęście pociąg jedzie godzinę do Dworca Wschodniego - czas umilam sobie czytaniem. Do domu zajeżdżam po 19stej.

     PODSUMOWANIE

    W tym roku wypad wiosenny wypadł późno - zazwyczaj planuję go w okolicach świąt wielkanocnych. Nawet śpiwór sobie ponownie kupiłem (poprzedni okazał się za duży) na takie wypady wiosenne i jesienne. Fajnie było się przejechać, sam wyjazd organizowany ad-hoc, na ostatnią chwilę, stąd brak atrakcji/zabytków po drodze. Nie było to jednak nerwowe łykanie kilometrów - dzień był długi i można było sobie pozwolić na więcej dróg szutrowych i leśnych. Pierwszy raz od dawna wracałem pociągiem do domu i muszę przyznać, iż następnym razem ponowię taki schemat - co więcej wyjadę również pociągiem z Warszawy, gdyż powtarzam ciągle te same drogi wyjazdowe i najczęściej pierwsze 30km to jazda "na pamięć".  

Do góry