Dziennik

DZIEŃ 1
2019-10-19 (sobota)

   Budzę się o 6 rano, w domu oczywiście. Początkowy plan był wyjechać w piątek, a nawet w czwartek wieczorem, ale nie wypalił ze względu na sprawy służbowe. Jestem już spakowany i tylko parę rzeczy wrzucam do wypełnionych sakw. Ponownie pakuje się tylko w tylne sakwy, co znacznie ułatwia jazdę pod kątem fizycznym, ale również po wertepach amorek lepiej wyłapuje bez obciążenia sakwami na przodzie. Jedyny mankament to mniejsza stabilność roweru. W nocy nawet dwie rzeczy mi się przypomniały, których zapomniałem wziąć, więc od razu po przebudzeniu je dorzucam do sakw. Ruszam o 7.20 z Portowej. Zimno dosyć, ale niebo przejrzyste. Mam do dyspozycji pełne 4 dni - 3 noclegi.

    Kieruje się na Zielonkę jadąc z początku wzdłuż S8. Skręcam następnie na historyczną wieś Ossów, gdzie na jej przedpolach w dniach 14-15 sierpnia rozegrała się jedna z bitew znanych jako Bitwa Warszawska ("Cud nad Wisłą"), podczas której pokonaliśmy bolszewików. 

    Wyjazd z Warszawy tą stroną jest całkiem znośny. Większą część dnia jadę w oddaleniu około 20 kilometrów na północ od trasy krajowej nr 2 na Mińsk. Wiatr tylko miejscami dokucza porywami i jest boczny. Cały dzień jadę drogami lokalnymi, ścieżkami rowerowymi bądź szutrem. Nie boję się skręcać w najwęższe dróżki, bo to kolejna wyprawa, gdzie wziąłem smartfon z wgraną mapą (OsmAnd). Na takie krótki wycieczki jest w sam raz - bateria starczy nawet na 6 dni przy oszczędnym traktowaniu.

    Około 12-stej robi się tak ciepło, że jadę w koszulce na krótki rękaw i tak już pozostaje do momentu rozbicia namiotu. Na obiad podgrzewam sobie na szybko gotowe danie, które nie powala jakością, ale mam pół godziny do przodu. Robię krótkie postoje, więc po 16-stej mam już zrobione 120 km. Niestety mało piję, ale czysta woda słabo mi wchodzi. Postanawiam temu zaradzić i kupuję w sklepie tabletki musujące z witaminami i w końcu zmuszam się do wypica tych dwóch litrów wody podczas jazdy. W trakcie dnia ratuje się owocami: jabłkiem, gruszką i bananami. 

    Rozbijam się w małym zagajniku za wsią Radzików-Stopki (jeszcze woj. mazowieckie), 10 km na wschód od Siedlec. Skrywam się ile da radę, bo obawiam się grzybiarzy, których całkiem posoro po drodze mijałem. Aż tak się nie wychładza na późne popołudnie, aby się nie wykąpać z tym, że na dwie raty: wpierw ciało bez głowy, ubieram się, a następnie samą głowę. Namiot rozbijam parę metrów od siatki ogrodzeniowej w lesie - taka nowinka "opiekunów" lasów. Ochrona młodnika priorytetem. Tak wyglądający las to nie żadna natura, ale po prostu plantacja drewna. Szkoda, że to się dzieje na naszych oczach... 

    O tej porze roku dzień jest bardzo krótki. O 17:30 jest już zachód słońca, a o 18stej kompletnie ciemno. Po pierwszym dniu wiem, że muszę w kolejnych dniach zmniejszyć pokonywany dystans i zwiększyć odpoczynki w trakcie dnia, a krytyczna godzina do rozbicia jeszcze bez latarki to 17-sta. Trzeba tylko budzić się o szóstej, aby wyjechać niedługo po wschodzie słońca.

   

DZIEŃ 2

2019-10-20 (niedziela)

    Po 10 godzinach twardego snu budzę się w końcu, ale że jest piąta rano, to dalej idę "w kimę" na godzinę. Śpiąc 11 godzin czuję się wyspany! W nocy spokojnie, nawet nie dane mi się wychodzić w nocy na rytualne siusiu. Rano zimno i wilgotno, szybko gotuję wodę na herbatę, robię śniadanko i o 7:40 udaje się wyruszyć. O tej godzinie jest już oczywiście widno, ale pierwsze pół godziny w namiocie po obudzeniu się to niestety kompletna ciemnica.
    Dopiero jak wyjeżdżam z lasu to odkrywam, że jest mocna mgła. Widoczność poniżej 20 metrów, ale szczęśliwie po pół godzinie się ona znacznie rozrzedza. Ruch na drodze znikomy, więc jechało się i tak bezpiecznie.
    Z racji posiadanych dokładnych map, nie omijam szutrówek tego dnia, a wręcz się w nie pcham! Aby nie jechać tą samą drogą co kiedyś (czasem zaznaczałem szlak na mapie papierowej), trochę kombinuję. Z gruntówek wyjeżdżam dopiero w Kąkolewnicy, a do znanego już szlaku nawiązuję 5 km przed wsią Wohyń. 10 kilometrów dalej, w miejscowości Milanów mijam budynek, w którym parę lat temu (ile to już - 3 czy 4?) braliśmy z Kubą wody. Sam budynek był tak charakterystyczny, zlokalizowany blisko linii kolejowej, ze specyficznym gankiem, że nie sposób zapomnieć. Z Milanów jest całkiem dobra szutrówka do Parczewa - nie trzeba jechać drogą wojewódzką.
    W Parczewie udaje mi się odnaleźć otwarty w niedzielę niehandlową sklep. Zaopatruje się w nim w co mogę, aby chociaż na obiad mieć. Kieruje się następnie na Dębową Kłodę, odbijając w jednej trzeciej drogi do niej na północ, w sam środek Lasów Parczewskich. Na mapie w smartfonie mam oznaczoną "drogę bielińską" i to nią podążam. Gubię jej trop dopiero pod koniec. Sama droga bardzo dobra w dwóch trzecich - ubity szuter. W samych Lasach Parczewskich gospodarka leśna w rozkwicie - mijam wyrżnięte całe połacie. Gruntówkami udaje mi się dojechać do wsi Białki. W niej staję na chwilę, aby się zastanowić co dalej. Szacuję odległość do domu i postanawiam już w tym momencie zawracać, a na pewno nie jechać dalej na wschód. Miałem spróbować dojechać do Poleskiego Paru Narodowego, ale to by oznaczało zwiększenie dystansu na pewno o 30km i robienie dzień w dzień powyżej 120 km.
    Robię obiad
 

DZIEŃ 3
2019-10-21 (poniedziałek) 

    P

DZIEŃ 4
2019-10-22 (wtorek) 

    Ś

PODSUMOWANIE
    C

Do góry