x

Zimowy nocleg 04-05.02.2017       

   Pomysł zimowego noclegu zrodził się w głowie Kuby (a przynajmniej wtedy się z nim ze mną podzielił) na jesieni 2016 roku. Na początku podszedłem do tego sceptycznie - mokro, zimno i jeszcze nocować. Jeżdżę cały rok na rowerze, ale żeby brać sakwy i nocować o tej porze w lesie? Dla mnie to była nowość.
    Z początku sądziłem, że Kuba pomysł porzuci z przyjściem pierwszego śniegu, ale o dziwo w grudniu tego samego roku ustalamy, że jak tylko dzień zacznie się wydłużać, to rezerwujemy sobie jeden weekend na zimowy wypad.
    W połowie stycznia Kuba wysyła sms'a - "Jedziemy 4-5 luty?". Odpowiadam bez chwili wahania, że tak. Cały plan mamy sobie potwierdzić w ostatnią środę, bo mamy rodziny i z której strony by nie patrzeć to one są priorytetem. Środa przychodzi, plany Rodzinie zorganizowane na dwa dni bez Ojców, Kuba wykurowany po cięższym przeziębieniu, więc w czwartek już mam spis rzeczy do zabrania przed sobą.
    Kuba mieszka w Łodzi, ja w Warszawie, więc najprościej się jest spotkać w połowie drogi, czyli w Bolimowskim Parku Krajobrazowym, co też właśnie poczyniliśmy. Umawiamy się na 14:30 w sobotę, aby móc wspólnie przejechać kilkanaście kilometrów i następnie poszukać miejsca na nocleg. Wyruszamy podobnie - przed godziną 10.00, mając mniej więcej do przejechania 70 +/- 5 km.
    U mnie jak zawsze często się jest wydostać z ukochanej Warszawy - jadę lekko zygzakiem, chcąc ominąć duży ruch. Wpierw jadę na Mory, następnie odbijam na Pruszków, później trzymam się linii kolejowej do Żyrardowa. Ruch okazuje się znikomy ze względu na obecność pobliskiej autostrady, a dodatkowo w znacznej części istnieją ciągi pieszo-rowerowe między miasteczkami. Na wysokości Brwinowa robię sobie 5 minutowy postój na herbatę z termosu. Będąc w Żyrardowie kuszę się na przydrożnego McDonalda. Staję w nim na gorącą herbatę i mcroyala. Najsłabiej mam zabezpieczone przed zimnem stopy i to daje mi się we znaki. Nie pomyślałem o dodatkowej wkładce, bo z góry i z boków jest mi w miarę ciepło ze względu na ocieplacze spd. Trudno, w McDonaldzie odtajam i ruszam w dalszą drogę. Po paru kilometrach skręcam w las, mając nadzieję na przebicie się w kierunku Jesionki. Niestety, okazuje się to błędem i wracam po paruset metrach.
pierwszydrugi
    Skręcam w prawo na miejscowość Mrozy, dalej jadę już bocznymi drogami, które niejednokrotnie są słabo odśnieżone na zasadzie dwóch "rynien" z widocznym mokrym asfaltem, a po bokach i po środku parę centymetrów ubitego śniegu. Dzwoni Kuba i mówi, że się spóźni. Ja jestem przekonany, że będę na czas, że dzieli mnie dosłownie kilka kilometrów, więc zwalniam tempo. Okazuje się, że nie do końca. Mapa sprzed kilkunastu lat nie pomaga w nawigacji. Ostatecznie spotykamy się na przedmieściach Skierniewic - w Rudzie. Kupujemy kiełbaski na ognisko i jedziemy w głąb Puszczy Bolimowskiej. Dla mnie oznacza to powrót po śladach przez te parę kilometrów, ale nie ma innej rozsądnej drogi. Dopiero na skrzyżowaniu dróg w Bartnikach, gdzie uprzejma gospodyni raczy nas wrzącą wodą do termosów, zaczyna się nowe - niepoznane. Decydujemy się jechać w kierunku Popielarni, na północ i tam też szukać miejsca na nocleg. Upewniamy się u Gospodyni co do naszych racji zapytaniem: "Jak pojedziemy prosto lasem, tą ośnieżoną drogą, to ta Popielarnia daleko?". Odpowiedź jest dla nas znakomita: "Tak, dojedziecie, ale ślisko, nikt tędy nie jeździ, prócz trzech domostw po drodze nie ma żywego ducha". Innymi słowy, doskonała zachęta dla sakwiarzy!
trzeci
    Po przejechaniu 2 kilometrów i minięciu pierwszej z trzech, wspomnianych przez gospodynię, chat, zjeżdżamy w bok i rozglądamy się w poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg. Drogi boczne z lekka są ubite, ale chyba jedynie samochód terenowy leśniczego mógłby się przez nie przedrzeć. Zauważamy w głębi lasu parę przewróconych drzew (ukłony dla leśniczych, że ich nie usuwają!). Decydujemy się tam właśnie skierować. W kopnym śniegu prawie po kostki nie jest to łatwe i do czasu rozbicia namiotów mam już trochę wilgotne skarpetki.
czwartypiąty
    Rozstawiamy namioty parę metrów od przewróconego drzewa. Mimo prześwietlonego lasu jesteśmy dość dobrze ukryci przed wścibskimi. Szpilki wchodzą w miarę łatwo w lekko zmarznięty śnieg i nie ma potrzeby ich wbijania kamieniem. Po 15 minutach obozowisko jest gotowe, a my rozpakowani. Ochoczo zaczynamy zbierać gałązki i igliwie, aby rozpalić ognisko. Mamy ze sobą gazety oraz 100 ml 20-letniej nafty. Pierwszy raz na wspólnej wyprawie z sakwami próbujemy rozpalić ognisko. Niestety, po paru próbach dajemy sobie spokój. Nafta się wypala, gazety też, a gałązki się tylko tlą, choć raz wydaje nam się, że byliśmy blisko. Wiadome, że drewno było mokre, ale sądziliśmy, że nafta i gazety wystarczą do powodzenia projektu. Mimo to Kubie udaje się przypiec jedną kiełbaskę. Mówimy sobie, że przecież nic straconego i wyjmujemy palniki i ostatecznie podgrzewamy mięso nad propan butanem. W żadnym stopniu nie przypomina ono jednak kiełbasek z ogniska, ale lepsze to niż nic!
    Jest po 18stej, na zewnątrz już kompletnie ciemno. Mimo oddalonych namiotów od siebie na dosłownie dwa metry, ale jednak szczelnie zamkniętych, rozmawia się ciężko. Zagłębiamy się we wziętych ze sobą lekturach - Kuba nowocześnie w e-book'u, ja tradycyjnie w papierze. Przed 20-stą zasypiam. Kuba jeszcze czyta pół godziny i też idzie spać.
    Śpi mi się dobrze, budzę się dosłownie dwa razy na przekręcenie się. Około w pół do piątej nadchodzi poranny przymrozek, który wdziera mi się do namiotu bez pardonu. Naprawdę jest mi zimno. Skulam się cały w dwóch śpiworach i jakoś udaje się zasnąć, choć trochę się wiercę. Budzimy się prawie równocześnie około siódmej rano. Od razu zauważam przyczynę porannego przebudzenia - miałem niezasunięty drugi, zewnętrzny śpiwór. Oczywiście po 11 godzinach spania nawet z przerwami nie czuje się niewyspany! Wręcz przeciwnie - w domu na takie luksusy rzadko sobie pozwalam.
    Kuba, dzień wcześniej, postanawia zrobić eksperyment i umieścił jeden bidon z wodą na zewnątrz, a drugi w sypialni. Chciał uzyskać potwierdzenie, że w sypialni będzie znacznie cieplej niż na zewnątrz. No i faktycznie - bidon, który przeleżał na zewnątrz całą noc miał w środku tylko lód, bidon trzymany w sypialni (nie w śpiworze!) był cały w stanie ciekłym.
    Gotujemy sobie wodę na kawę, a ja w swoim namiocie mam jeszcze ciepłą herbatę z wieczora, więc od razu się nią rozgrzewam. Spożywanie posiłku umilają nam dwa dzięcioły, które też widocznie mają puste żołądki i dzielnie kują w pobliskich drzewach. Półtorej godziny później jesteśmy już spakowani i wracamy na szlak. Po paruset metrach Kuba stwierdza, że Gospodyni, u której braliśmy wieczorem dnia poprzedniego wodę, przesadzała z tą śliskością drogi. Sekundę potem Kuba wykłada się na drodze. Próbę wstania udaje mi się nawet uchwycić aparatem. Co jeszcze bardziej śmieszne, Kuba po zrobieniu 400 metrów, wywraca się ponownie. To już go denerwuje i zwraca się do mnie: "Dlaczego Ty się nie przewracasz!?". Ja się ciągle tylko śmieję, bo widok wywracającego się Kuby na rowerze jest rzadkością i to jeszcze taki bez obrażeń. Mimo to udaje nam się bezpiecznie dojechać do Popielarni. Wokół jest pięknie - wszystko białe i jasne. Pusto.
    Mijamy autostradę wolności i niedługo potem w miejscowości Miedniewice musimy się rozstać i każdy jechać w swoją stronę. Odbijam od razu na wschód, a Kuba na zachód. Szybko dojeżdżam do Oryszew-Osada i jadę dalej lokalną drogą, mocno zlodowaciałą do Nowej Pułapiny. Co się odwlecze to nie uciecze - podczas jazdy rower staje mi w poprzek, ale udaje mi się uniknąć wywrotki. Niedługo jednak potem leżę jak długi na ziemi. Przy prędkości kilkunastu km/h upadek nie jest bolesny, a raczej kłopotliwy. Nie mogę ustać na lodzie, ani ruszyć. Prowadzę rower przez kilkanaście metrów. W końcu udaje mi się złapać przyczepność i wracam na drogę do Cegłowa i Bieniewic. W Błoniach jestem po niespełna godzinie pedałowania. Robię krótką przerwę na przystanku.
    Nie decyduje się pojechać dłuższą drogą przez Rokitno i Wolicę, co już przerabiałem w zeszłym roku, a jadę najkrótszą drogą 92-ką. Jest prawie pusta, jednak rzadko kiedy jadę ulicą, bo co i raz znaki kierują mnie na beznadziejnie zbudowane i poprowadzone ścieżki rowerowe, ale co począć? Złamać przepis i na razić się bez sensowny mandat?
    Do Ożarowa dojeżdżam podczas opadów śniegu. Miejscami sypie nieźle. Na wysokości Odolan robię drugi i ostatni postój tego dnia. Standardowo na przystanku. Dopijam do końca herbatę i wyluzowany przebijam się przez zasypaną Warszawę. Do domu dojeżdżam o 14:30.
    W trakcie tych dwóch dni przejeżdżam łącznie 151 km, Kuba o 20 km więcej z racji zdecydowanie dłuższej trasy w niedzielę. Średnia z jazdy to znośne 18 km/h, całkiem niezła jak na warunki pogodowe. Obydwaj z Kubą polecamy taki krótki wypad, jeżeli ktoś nie boi się zimna.

Więcej zdjęć na kliknij tutaj

Spis rzeczy do wzięcia, o których byście nie pomyśleli na letniej wyprawie:

- Dwa śpiwory letnie lub jeden porządny zimowy, dwie karimaty + podkład z koca ratunkowego.

- Dobry termos KONIECZNIE, palnik gazowy, baton lub coś innego energetycznego w razie nagłej potrzeby, bo wbrew opinii podczas takiej zimowej jazdy spalamy więcej kalorii niż w lecie - mniej wypacamy, ale tracimy dużo energii na ogrzanie ciała.

- Rzeczy na zmianę na noc, ciepłe ubrania, ochraniacze na obuwie, wkładki do butów spd, bo zazwyczaj są one przewiewne, dwie pary rękawiczek - jedne cienkie, drugie grubsze tak, by w cienkich móc coś dokładnie chwytać.

- Wzięliśmy na wypadek długą śrubę-blachowkręt gdyby szpilki nie chciały wejść, ale poszło bez problemu. Byliśmy zdziwieni, bo ziemia była zmrożona, ale widocznie pokrywa śnieżna była na tyle gruba i zbita, a sama warstwa liści i podłoża była "luźna".

- Pewne oświetlenie, bo zmierzch przychodzi szybko.