Dziennik

    To był dla mnie pierwszy dystans większy niż 120 i to od razu blisko 200 kilometrów. Miałem wtedy 19 lat i tak naprawdę niecałe 3 lata porządnej jazdy za sobą.

    Do wyboru były starty w trzech konkurencjach: chodzie sportowym, maratonie rowerowym i biegu terenowym. Najwięcej uczestników, 312 osób, zgromadził chód, choć do przejścia było aż 50 km. W wyścigu rowerowym uczestniczyło 168 osób, a w biegu terenowym 76. 

    Powyższe informacje pochodzą z google. Z kolei na liście wyników maratonu rowerowego obecnych jest 90 osób, czyli ciut więcej niż połowa z zadeklarowanych powyżej. Z tego co pamiętam był ograniczony czas na pokonanie tegoż dystansu - 14 godzin.

    Dzień przed maratonem ojciec przywozi mnie do schroniska, mieszczącego się 500 metrów od linii startu i zarazem mety. Śpię dość mocno, choć czuję spory stres. Rano jem banana z bułką, dużo piję i ruszam na start. Tłok jest niemiłosierny. Przeważają raczej kompletni amatorzy, widzę także parę kobiet.

    Start mam kiepski, dużo osób odjechało. Staram się ustalić optymalne tempo dla siebie i tyle też trzymać przez cały dystans. Nikogo nie znam, zatem korzystanie z dobroci jazdy we dwójkę nie wchodzi na razie w grę. Przez pierwsze 20 kilometrów jadę praktycznie sam, czasem jadąc we dwójkę z napotkaną osobą, ale żadna z nich nie jest zainteresowana przyspieszeniem. Zaczynam mijać kolejne osoby. W międzyczasie dbam o rzetelne podbijanie pieczątkami sklepowymi swojej karty startowej, gdyż tylko komplet pieczątek upoważnia do ukończenia wyścigu.

    Po kolejnych parunastu kilometrach dostrzegam na horyzoncie grupkę rowerzystów wyglądających "konkretniej" niż pozostali rowerzyści wokół. Paręnaście minut później, spokojnego pościgu, dobijam do nich i trzymam się z nimi przeszło 50 kilometrów. Grupa składająca się z bodajże ośmiu rowerzystów, stopniowo ulega destrukcji. W zespole znajduję chłopaka na kolarzówce, który wygląda na zdeterminowanego. Dogadujemy się i odjeżdżamy zespołowi. Jedzie nam się naprawdę dobrze i znajdujemy wspólne tempo. Chłopak był w moim wieku, mniej jeździł ode mnie, ale kolarzówka robiłą swoje - połykał kilometry z łatwością.

    Z tą osobą, której imienia już nie pamiętam, jadę we dwójkę przez około 70-90 kilometrów - nie pamiętam dokładnie. Wyprzedzamy coraz to nowe grupy rowerzystów, którzy zaczęli puchnąć po przejechaniu blisko 150 kilometrów. Na około 160 kilometrze zauważamy w rowie leżącego człowieka, a obok niego rower. Okazuje się, iż jest to jeden z uczestników, który widocznie przecholował i regeneruje siły. Widząc nas podejmuje wyzwanie i zaczyna powoli wsiadać na rower. Po paru kilometrach dogania nas i wyprzedza. Na blisko 180 kilometrze jedziemy już we czwórkę, włączając tego chłopaka oraz innego uczestnika napotkanego po drodze. Podbijamy ostatnią pieczątkę i w drogę. Paręnaście kilometrów przed metą staje się coś okropnego - mój towarzysz łapie gumę. Nie sposób tego załatać na szybko, bo jedzie na szytkach - nie ma zapasowej opony ani niczego co pozwalałoby szybko wyeliminować problem. Jak dziś pamiętam jego słowa: "Jedź, tyle się razem trzymaliśmy, mamy dobry czas, ja jakoś się doczłapię, Ty już jedź". I tak została nas tylko trójka. Na ostatnich kilometrach średnia prędkość oscyluje w zakresie 30-35km/h. Jedziemy bardzo ryzykownie, blisko siebie. Jadę jako trzeci, pragnąc pokazać, iż ledwo się trzymam. Tak naprawdę chciałem zyskać trochę sił, osłonić się przed wiatrem, żeby przed ostatnim wirażem zaatakować. Tylko jak w takim zmęczeniu zauważyć w porę ostatni zakręt?! 

    Tempo się jeszcze zwiększa, daje z siebie wszystko i atakuje. W ostatni zakręt składam się już jako drugi w grupie, a wychodzę jako pierwszy. Finiszuję do końca. Mimo zamkniętego przejazdu, znienacka wyjeżdża z boku wóz sponsora. Uczestnik jadący za mną, chcąc uniknąć z nim wypadku, przewraca się na bok z rowerem i lekko uderza w bok samochodu. Na szczęście nikomu nic się nie dzieje. Mi się udaje wyminąć samochód i dojeżdżam zmęczony do mety.
medal_sielpia

    Przez osiem godzin przejechałem dystans około 190 kilometrów. Jestem potwornie zmęczony. Na duchu podtrzymuje mnie mój brat, który zjawił się na mecie, żeby mnie odebrać do Warszawy. Okazuje się, że przyjechałem tylko 25 minut później niż lider wyścigu.

    Zostajemy do wieczora, aby odebrać dyplom i medal. Próbuję odszukać mego towarzysza wspólnie przejechanych kilometrów, bez którego zapewne osiągnąłbym gorszy wynik, ale nie znajduję go wśród tłumu. Docieramy z powrotem do Warszawy późnym wieczorem.