x

Pierwszy nocleg "na dziko" 11-latka - 28-29.08.2020


WSTĘP
    Pomysł wyjazdu zrodził się w głowie 11-letniego siostrzeńca mojej drugiej połówki
w lipcu 2020 roku. Na początku podszedłem do tego mało optymistycznie - czy 11-latek nie będzie się bał noclegu w lesie, czy podoła parogodzinnej jeździe na rowerze
z obciążeniem?
    Jeszcze przed moją tegoroczną wyprawą napisałem listę rzeczy do zakupienia przez Rodziców Sebastiana tak, aby wyprawa mogła dojść do skutku. W międzyczasie okazało się, że siostrzeniec złamał rękę, ale uraz powinien w pełni wygoić się po upływie miesiąca. W połowie sierpnia potwierdzamy sobie termin wyjazdu - ostatnie dni sierpnia. Nie ma co zwlekać, bo dni coraz krótsze, a pogoda w mniejszym stopniu przewidywalna. Na tak ciepły wrzesień co rok i dwa lata temu chyba nie ma co liczyć.

DZIEŃ 1
2020-08-28 (piątek)
dystans 62,72km, czas jazdy 4g28m17s, śr. prędk. 14,02 km/h,max. 33,67 km/h

     W piątek 28-ego sierpnia wyjeżdżam o 7:40 spod domu z rowerem w bagażniku do Płocka - tam gdzie mieszka Sebastian. Dziwnie się czuję - ostatni raz tak rozpoczynałem wycieczkę z sakwami bodajże 7 lat temu. Pomimo małego tłoku na wyjeździe z Warszawy, po 1,5 godzinie jestem już wypakowany na parkingu pod domem Sebastiana. Odprowadza go Tata. Wyruszamy o 09:30. Sebastian mało co spał w nocy (chyba z wrażenia?), dodatkowo jest po wyczerpujących koloniach sportowych. Pierwsza godzina mija nam na wyjeździe z Płocka, który nie jestem małym miastem. Zamieszkuje go blisko 120 tys. mieszkańców. Co ciekawe, jeszcze 60 lat temu mieszkańców było 1/3 tego co obecnie. Prawdopodobnie z racji otwarcia rafinerii ropy naftowej i kilku innych większych obiektów przemysłowych, Płock tak się zapełnił nowymi obywatelami.
    Jedzie się z początku przyjemnie, wpierw ścieżki rowerowe porządnie wykonane, następnie w ogóle nie uczęszczany asfalt. Z początku trochę błądzimy, ale w końcu napotykamy znaną mi ścieżkę i od tego momentu wyjazd idzie nam gładko - wpierw na południe prosto nad Wisłę, następnie na wschód. Jest dosyć zimno, ok. 17-18C, trzeba jechać w długim rękawku, na szczęście w krótkim spodenkach nie jest jeszcze za zimno.
    Sebastian ma rower na 26 calowych kołach, który dostał od Taty i pamięta jego młode lata ;-) Najgorsze jest to, że siostrzeniec mało na nim jeździł (Seba miał swój rower 24", ale uległ awarii tak dużej, że nie opłacało się go ratować), a że każdy rower jest inny to każdy trzeba poznać. Ten rower na pierwszy rzut wydawał się posiadać za długą rurę górną na nawet tak wyrośniętego 11-latka jakim jest Seba. Niestety, spędzone łącznie 9 godzin na siodełku przez dwa dni wyprawy, potwierdziło tę opinię. Nie ma co jednak narzekać - Rodzice postarali się o obustronne, pakowne sakwy, więc wygląd roweru i tak jest rasowy i podczas naszej jazdy drogami Płocka niejeden się ogląda widząc dorosłego z sakwami, obładowanego z tyłu po brzegi, a zaraz obok nastolatka z sakwami i karimatą na bagażniku.
    Dłuższe postoje robimy co 10km, a co mniej więcej 5km stajemy dosłownie na minutę, aby Sebastian mógł się rozciągnąć i dać odpocząć plecom. Do popołudnia mamy co jeść - obydwaj mamy kanapki z domu. Przed 15-stą jesteśmy zaraz przed Wyszogrodem. Ostatni odcinek do tego miasteczka pokonujemy drogą polną (tak wiódł czerwony szlak rowerowy). Obydwaj po niej jesteśmy zmęczeni - droga była nierówna i zarośnięta, a koleiny były naprawdę spore. Seba ostatkiem sił dojeżdża do asfaltu. Motywuję go obiadem, który mamy sobie zamiar zrobić w Wyszogrodzie. Polecam sklepik "Kabanosek" - nie ma tłoku, miła obsługa, mają wszystko, a do tego obok jest plac zabaw z ławeczkami i do tego spokojna okolica. Na obiad serwujemy sobie makaron z pomidorem, kiełbasą i serkiem topionym. Mi to smakuje, ale Sebie średnio podchodzi, aczkolwiek z racji burczenia w brzuchu zjada on praktycznie całość, a michę miał wypełnioną po brzegi. Podczas posiłku spada kilka kropel deszczu.
    Po prawie godzinnym postoju udajemy się w dalszą drogę. Bezpośrednio przed wyruszeniem zapobiegawczo kupuję parę rzeczy na kolację i śniadanie. Jak się później okazało - żadnego sklepu po drodze nie było, więc strzał w dziesiątkę! Od razu na wyjeździe z miasteczka czeka nas przeprawa mostem przez Wisłę, która nie należy do najprzyjemniejszych. Sebastian pędzi ile sił w nogach, aby szybko o tym odcinku zapomnieć. Na moście jest na szczęście chodnik, bez niego chyba nie odważyłbym się z dzieckiem przejechać tak długiego mostu (Wisła jest rozlana w tym miejscu na parę odnóg, most ma długość ok. 1,2km i przez parę lat pozostawał najdłuższym mostem w Polsce!). Jeszcze 21 lat temu obydwa brzegi łączył drewniany most.
    W niespełna godzinę docieramy do Witkowic, gdzie mamy się zacząć rozglądać za noclegiem. Robimy sobie krótki odpoczynek nad mostem nad Bzurą, gdzie upamiętniono historyczną bitwę nad Bzurą - największe starcie zbrojne kampanii polskiej z września 1939 r. Z tego co wyczytałem to było jedyne, przeprowadzone na tak wielką skalę, natarcie wojsk polskich na niemieckie we wrześniu'39.
    Mimo rzadkich zabudowań udaje nam się pozyskać wodę z pobliskiego gospodarstwa. Wkrótce potem robimy dwie nie udane próby noclegu nad rzeką - pierwsze okazuje się całkowicie odsłonięte, drugie z kolei nierówne. Postanawiamy nie tracić czasu na dalsze poszukiwania dobrego miejsca nad rzeką, a zacząć wracać. Odbijamy zatem na zachód na Stefanów. Paręset metrów dalej zauważam ścieżkę do lasu. Przejeżdżamy jeszcze 200m i okazuje się to być strzał w dziesiątkę. Las nie jest duży, częściowo już zaorany, widać świeżo ścięte pnie drzew, przygotowane do wywózki. Wchodzimy wgłąb młodnika na jakieś kilkadziesiąt metrów. Podszycie jest dosyć bogate, więc jesteśmy dobrze zamaskowani. Sebastian znajduje kawałek ziemi bez nasadzeń - rzadko kiedy udaje się wynaleźć tak równe miejsce do spania. Brawo Seba! Jest godzina 17:30.
    Rozbijamy namiot, którego czeka dziewicza noc w lesie. Dotychczas miał na swoim koncie parę noclegów na działce ROD. Namiot jest typu igloo, duży, dla trzech osób. Po rozstawieniu czuję się w apartamentowcu - zazwyczaj muszę oszczędzać miejsca w środku, a tutaj wyprostowany, miejsce w bród. Coś za coś - rozstawia się dwukrotnie dłużej, waga też o 50% większa. Po niespełna godzinie od zaczęcia biwakowania, przygotowując się do kąpieli, dochodzą do mnie ludzkie głosy z leśnej drogi. Słychać nawet odgłos zamykanych drzwi auta i jęki dziecka. Są od nas oddaleni o mniej niż 100m, a jestem przekonany, że kompletnie o nas nie wiedzą. Proszę tylko Sebastiana, aby był cicho przez ten okres. Pewny siebie biorę kąpiel w ostatnich promieniach słońca. Od razu po mnie Sebastian też odważa się wziąć kąpiel "z bidonu". Nie myjemy tylko głowy, z racji temperatury powietrza, która nie przekracza 18C. I tak trafiło nam się małe ocieplenie, bo na późne popołudnie wychodzi słońce i robi się trochę cieplej. Wieczór też nie jest chłodny.
    Jemy kolację, a w tle przez bitą godzinę umila nam czas harmider jeżdżącego w oddali motocykla crossowego. Hałas niesie się niemiłosiernie, choć jest od nas oddalony na pewno o pół kilometra. Seba pada na karimatę i chce szybko zasnąć. Dzwoni jeszcze do Rodziców na minutę się zameldować i ponarzekać na obiad ;-) , następnie szybko się kładzie i zasypia. Jestem pełen podziwu, bo tak dokładnie to nie śpi na karimacie, a na podkładzie gimnastycznym, który jest dwukrotnie cieńszy od karimaty. Dla porównania ja śpię na dwóch grubych karimatach. Szczęśliwie jest miękka ziemia po ostatnich opadach. Komary nas nie atakują, jest miło. Robactwa też stosunkowo mało. Czytam jeszcze przez pół godziny "Miny za burtą", spisuję relację i też kładę się spać przed 22-gą.
 
DZIEŃ 2
2020-08-29 (sobota)
dystans 61,28km, czas jazdy 4g28m20s, śr. prędk 13,70 km/h, max. 35,18 km/h

    Śpimy jak susły w zimę. Budzę się tylko raz na siku jakoś przed północą. Około 6 rano zaczyna padać i tak kropi przez kolejne dwie godziny. Namiot okazuje się szczelny, aczkolwiek trudno stwierdzić, co by było podczas ulewy, a nie jak teraz - lekkiego deszczu. Zaczynamy się zbierać koło 08:30. Udaje nam się wyruszyć po półtorej godzinie, co jest niezłym czasem mając na uwagę, że bambetli wspólnie mieliśmy ogrom, a sam namiot składa się ładnych parę minut. Niestety, mimo obchodzenia się z namiotem jak z jajkiem, w prosty sposób dochodzi do uszkodzenia podłogi sypialni. No cóż, namiot z marketu za mniej niż 100 zł jest tylko do "okazjonalnego" stosowania na polu golfowym, a nie do noclegu w lesie ;-)
    Parę minut po 10-tej wracamy na asfalt. Jest wilgotno, ale nie jest jakoś zimno - na pewno jest te 16-17C. Obawiałem się, że po opadach temperatura odczuwalna spadnie jeszcze mocniej, a tu miłe zaskoczenie. Po pierwszych dwóch kilometrach czeka nas skręt w lewo i planowana jazda 400m drogą krajową. Innego wyjścia nie znalazłem wytyczając szlak na dwa dni jazdy. Jezdnia okazuje się mało uczęszczana - mija nas dosłownie kilka aut, a przez większość drogi korzystamy z pobocza. Sebastian jedzie pierwszy swoim tempem (czyli po takiej drodze to pędzi), ja za nim w oddaleniu niespełna dwóch metrów, nieco z lewej tak, aby skutecznie zniechęcić do wyprzedzania bez zmiany pasu. Sebastian, co chyba normalne, obawia się dużych pojazdów na drodze, które go mijają, więc zadowolony zjeżdża z krajówki. Z mapy lokalna droga wydaje się klasyfikować do przynajmniej dróg utwardzonych, jeśli nie asfaltowych. Z początku tak jest, ale niedługo później przechodzi w zwykłą leśną ścieżkę. Sebastian mimo braku amortyzowanego widelca dzielnie daje sobie świetnie radę z nierównościami, a tych trochę jest. Droga jest wyjeżdżona, a po deszczu również miejscami grząska. Taką drogą telepiemy się przez blisko osiem kilometrów, więc naprawdę całkiem sporo. Pod koniec leśnych duktów widzę, że Seba ma już trochę dosyć gruntówek. Zamiast dalszej drogi na północny zachód, która zapewne dalej wiodłaby drogami polnymi, kierujemy się zatem prosto na północ na Bieniew, skąd wjeżdżamy na drogę wojewódzką 575. Jedziemy nią ze trzy kilometry. Ruchu na niej praktycznie brak - mija nas pięć aut.  Sebastianowi poprawia się humor i zauważalnie przyspiesza. W Ładach odbijamy na dobrze mi znaną drogę lokalną, którą mamy zamiar dotrzeć aż do Dobrzykowa.
        Mijamy zapomniane wsie: Pieczyska Łowickie, Władysławów, Pieczyska Iłowskie (w okolicach niej, przy drodze, znajduje się potężny dąb szypułkowy, którego wiek szacuje się 350 lat), Suchodół. Udaje nam się zastać kogoś na gospodarstwie, więc z miłą chęcią bierzemy wodę. Sebastian pilnuje się z nawadnianiem i za to duże brawa dla niego. Notabene to rejony te były zalane, a wsie w pobliżu zostały ewakuowane podczas powodzi z roku 2010. Wisła przerwała wały w tym rejonie. Nie mogę jednak znaleźć logiki skąd pomysł na kapliczkę upamiętniającą te wydarzenia - zamiast zainwestować w sam wał bądź jeszcze lepiej - przesiedlić na stałe okoliczną ludność z terenów przecież zalewowych to buduje się miejsca pamięci.
    W Piotrkówce zatrzymujemy się w sklepie spożywczym, aby zakupić prowiant na obiad. Wczorajszy obiad nie był szczytem marzeń dla Seby, więc staram się wykombinować coś lepszego. Wybór pada na uszka (jak do barszczu). Kupujemy dwa opakowania, dajemy im się rozmrozić (ale nie za mocno, bo wtedy robi się z tego "paćka") i po niespełna godzinie od kupna wędrują do gotującej się wody. Przystanek obiadowy wypada nam na placu przed szkołą podstawową w Świniarach. Tam też chyba gubimy jednego klapka Seby, który od rana się wietrzył przyczepiony do tylnej sakwy. Skapnęliśmy się dopiero pod domem w Płocku, więc już wracać nie wypadało ;-) Sebastianowi obiad smakuje już lepiej - dzielimy się prawie po równo 600g uszek. Po ponad godzinnym postoju ruszamy dalej.
    Wiatr się lekko wzmaga i na otwartej przestrzeni jest go czuć, szczególnie jego porywy. Mimo to stosunkowo łatwo dojeżdżamy do Dobrzykowa. Nie chcę jechać do Płocka chodnikiem wzdłuż drogi 575 (są tam momenty ścieżki rowerowej, ale typu "góra-dół" lub "zwymiotuj szybko"). Namawiam Sebastiana na odbicie na północny-zachód na wysokości Jordanów. Byłem przekonany, że w okolicach Płocka to dróg piaszczystych już nie uświadczysz, a tu proszę: pchaliśmy rower przez hałdy piachu. Na szczęście szybko się on kończy, zastępuje go ubita ścieżka, a dalej już słabej jakości asfalt. Wyjeżdżamy paręset metrów przed rondem kierującym prost na Most Solidarności w Płocku (czyli ten nowy). Bardzo śmiesznie jest poprowadzona droga wokół tego ronda - dużym zakolem. W rezultacie rowerzyści zamiast przekraczać ruchliwą arterię w miejscu, gdzie samochody teoretycznie powinny mieć najmniejszą prędkość (czyli bezpośrednio przed rondem) to zjeżdzają z dwieście metrów  dalej, gdzie samochody może zaczną myśleć o wytracaniu prędkości.
    Odtąd to Seba przejmuje przewodnictwo nad wyprawą. Przekraczamy Wisłę wspomnianym już Mostem Solidarności. Zaraz po drugiej stronie skręcamy w lewo pod kątem prostym. Dalej jedziemy przeplatanką - ścieżka rowerowa, płyty betonowe, ścieżka itd. W dwadzieścia minut dojeżdżamy do domu Sebastiana.
 
ZAKOŃCZENIE
    Przez dwa dni Siostrzeniec przejechał równe 124km! Sięgnąłem pamięcią do swoich wyjazdów rowerowych z młodości i pusto. Po pierwsze: o noclegu w lesie to w tym wieku nie słyszałem, a po drugie dystanse, które przejeżdżałem podejrzewam, że nie przekraczały 30km. Naprawdę Seba wykazał się odwagą i samozaparciem. Miejmy też na uwadze, że te 124km to było przejechane z konkretnym obciążeniem (Mama Sebastiana, jak to każda mama, nie żałowała mu rzeczy w sakwie!). Przeliczając na dystans "bez sakw" można przyjąć spokojnie 10-15% więcej tego co przejechał. Nie wspominając już o kondycji roweru, czyli praktycznie brakiem możliwości zmiany przełożeń czy też luzami w napędzie. Podejrzewam, że za rok, utrzymując formę i ulepszając nieco rower, będzie w stanie przejechać 150km w dwa dni bądź 200km z dwoma noclegami, czego mu życzę!
    Wytyczoną trasę polecam każdemu na wypad z "wczesnym nastolatkiem". Drogi z większym ruchem stanowią ledwo kilka% trasy, jest bezpiecznie, spokojnie i miło. I najważniejsze: w połowie drogi jest fajny zagajnik, w którym można się skryć na noc.

Więcej zdjęć na kliknij tutaj

Poglądowa mapa kliknij tutaj

Spis rzeczy do wzięcia, o których byście nie pomyśleli jadąc samemu lub w grupie dorosłych:

- apteczka (wiozę ją zawsze, aczkolwiek wiem, że mało kto wozi coś więcej niż kawałek plasterka);

- narzędzia (w grupie dorosłych zawsze ktoś będzie miał klucz pasujący, u nastolatka raczej ze świecą szukać);

- z racji niezbyt długiego dystansu przydaje się wcześniejsze i bardziej dokładne opracowanie trasy (z choćby skromnymi atrakcjami dla dziecka), w tym miejsca na nocleg;

- nastawić się na częstsze odpoczynki i wolną jazdę: byłem zdziwiony, ale pierwszy raz nie spieszyłem się/nie goniłem za czymś podczas wyprawy i było fajnie!