Dziennik

    Ma to miejsce we wrześniu 2003, prawdopodobnie 25-ego (czwartek). Przed wyjazdem pompuję opony na blisko 5 atmosfer, wierząc, iż pomoże mi to utrzymać wysoką średnią. Wyruszam o 06:00 rano. Kieruje się na Lublin, drogą przez Garwolin. Najbardziej nerwowym i nieodpowiedzialnym zachowaniem jest jazda na drodze bez pobocza między skrętem na Otwock a Starą Miłosną. Do dziś dnia jest tam tylko piaszczyste pobocze nie nadające się do jazdy rowerem. Mam dokładnie wyliczoną długość przerw, ich częstotliwość w kilometrach, a także prędkość średnią, którą muszę utrzymać. W trakcie odpoczynków kłade się na trawie i popijam dużo wody. Staram się jak najmniej męczyć, bo przede mną długa droga solo.

    Trasa jest wręcz nudna, równy asfalt, szerokie pobocze pozwala na uzyskanie dobrego tempa i trzymanie go w odpowiednim zakresie. Za Garwolinem łapię gumę, co zmusza mnie do poświęcenia dodatkowego czasu na jej załatanie, a następnie odszukanie wulkanizatora, który zechciałby mi napompować koło na 5 atmosfer. Bez trudu znajduje takowego, więc szybko poprawia mi się humor i jadę dalej. 

    Po przekroczeniu Wisły za Dęblinem, nieopodal Kozienic, dopadają mnie pierwsze oznaki zmęczenia. Przejechawszy połowę ustalonej trasy, robię sobie dłuższą przerwę w przydrożnym sklepie. Wiatr zmienia się na jeszcze bardziej niekorzystny, ale cóż, mogłem się tego spodziewać, w końcu wiał mi w plecy przez pierwsze 80-100 kilometrów. Parenście kilometrów po ruszeniu spod sklepu rozjeżdżam kryzys i jedzie mi się już znacznie łatwiej. Szybko mijam Radom z lewej i jestem już na prostej drodze do domu. Wybieram powrót drogą dwujezdnową, gdyż gwarantuje mi to widoczność z racji oświetlenia oraz bardzo szerokiego pobocza. Od Warszawy dzieli mnie niecałe 100 kilometrów. Czuję zbliżający się wieczór. Z racji pory, robi się szarówa o wiele wcześniej niż w okresie lipiec-sierpień. Mijam Białobrzegi i Grójec. Robi się naprawdę ciemno. Jestem naprawdę wykończony, ale siłą woli jadę dalej. Od Warszawy dzieli mnie około 45 kilometrów. Staram się zdążyć przed kompletnym zmrokiem do Janek, gdyż od tej miejscowości zaczyna się oświetlona droga, która pozwala mi na jazdę w komforcie. W okolicach Mrokowa natrafiam na roboty drogowe. Pobocze się kończy, z dwujezdniówki z dwoma pasami w każdą stronę robi się jednojezdniowa z dwoma pasami w obie strony. Mam oświetlenie, ale jest ono mało wydajne przy kompletnej ciemności i tak niebezpiecznym zwężeniu. Próbuję rwaną jazdą przejechać ten odcinek. Okazuje się, iż ciągnie się on przez parę kilometrów. W końcu zrezygnowany i zmęczony zjeżdżam na stację benzynową, wierząc, iż regenerując się, przyjdzie mi siła do dalszej jazdy. Niestety się mylę. Robi się coraz bardziej zimno, a ja nie wziąłem ciepłych ubrań. Dodatkowo dowiaduję się na stacji, że roboty ciągną się jeszcze przez parę kilometrów. Głównymi pojazdami jadącymi o tej porze w kierunku Warszawy są TIRy, za którymi nie przepada chyba żaden rowerzysta. Do tego te zwężenia, które naprawdę stają się niebezpieczne dla wycieńczonej całodniową jazdą osoby.

    Po przemyśleniu sprawy, szukam rozwiązania wyjścia z sytuacji. Nie pozostaje mi nic innego jak zadzwonić do domu i poprosić, żeby ktoś przyjechał. Po 40 minutach zjawia się ojciec i zabiera mnie do domu. Czuję pewien niedosyt, ale widocznie tak miało się to zakończyć. W planach miałem 300 kilometrów, a skończyło się na dwustupięciedziesięciu. Będę jeszcze się starał pobić ten rekord, choć jak widać, minęło siedem lat i dalej pozostał on moim rekordem.