Dziennik

    Ruszamy prawie dwie godziny wcześniej niż za pierwszym razem - z Damianem umówiam się na Powiślu już pół godziny po północy. Mamy przed sobą dłuższą trasę do pokonania niż poprzednio - prawie 90 kilometrów do zrobienia i całą noc przed sobą. 30 minut później dojeżdżamy do Wilanowa, gdzie oczekuje na nas Rafał. Jedziemy wzdłuż często uczęszczanej w lecie drogi dla rowerów na Powsin. Jak łatwo się domyślić, jesteśmy jedynymi rowerzystami o tej godzinie na tej ścieżce. Temperatura waha się od 2 do 3 stopni Celsjusza.
    Na co dzień jeżdżę w butach zatrzaskowych, a nie posiadam ciepłych ochraniaczy lub zimowych butów SPD, co przy temperaturach bliskich 0 stopni C, powoduje, że chłód w stopy jest bardzo dokuczliwy. W związku z tym, bogatszy o doświadczenia zimna z poprzedniego "night challenge'u", zdecydowałem się zastosować dość nietypowe rozwiązanea, a mianowicie założenie dużej skarpetki na cały but SPD. Okazuje się to przyzwoitym rozwiązaniem jedynie w przypadku ciągłej jazdy. O kwestii estetycznej takiego sposobu na mróz nie będę się wypowiadał, bo na zdjęciach widać efekty tego.
    Szybko dojeżdżamy do Powsina. Na krótkim postoju Damian majstruje coś przy GPSie i przez przypadek kasuje całą wytyczoną przez siebie trasę. Na szczęście pamięta ją praktycznie na pamięć. Kierujemy się dalej na Konstancin-Jeziorna drogą szutrową wiodącą przez pola, aby ominąć główną drogę, która nie jest bezpieczna. Po dojeździe do Konstancina, kierujemy się w kierunku Wisły. Rzeka o tej porze dnia robi wrażenie bardzo tajemniczej, a drobne żyjątka dają o sobie znać głośnymi dźwiękami. Po lewej stronie mijamy Rezerwat Wyspy Świderskie. Następnie kierujemy się na miejscowość Obory, po czym skręcamy w lewo, aby niedługo potem ujrzeć lotnisko polne. Po kilku kilometrach niezłej jakości szutru, jedziemy już asfaltem. W przeciwieństwo do pierwszego nocnego wypadu, nie pomagają nam żadne latarnie. Mijamy Piaski oraz Cieciszew. Mamy zamiar dostać się do Góry Kalwarii jadąc ciągle wałem wzdłuż Wisły. Niestety nie dane nam to jest i pomimo GPSu i damianowej pamięci ;) nie znajdujemy właściwej drogi. Postanawiamy skierować się na główną drogę 724, która prowadzi bezpośrednio do Góry Kalwarii. Tam robimy sobie odpoczynek na przystanku. Mamy na liczniku ponad 40 km. Z Kalwarii niedaleko jest do Zamku w Czersku, którego nie sposób pominąć. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia przy zamku i kierujemy się na szlak rowerowy, który wiedzie pośród sadów.
    W tamtych okolicach jedyną możliwością przedarcia się na drugi brzeg Wisły, prócz wpław, jest most na wysokości Góry Kalwarii. Pomimo nocnej godziny panuje tam spory ruch i przejeżdżamy go z duszą na ramieniu. TIRy pędzą jak oszalałe, tym bardziej, że pomimo oświetlenia i kamizelki odblaskowej zdaje się, iż jesteśmy niezauważani przez kierowców. Szczęśliwie dojeżdżamy do torów kolejowych. Zaraz za nimi skręcamy w lewo na Glinki. Jedziemy dalej wśród pięknych, mazowieckich sadów. Zaczyna świtać. Widok wschodzącego słońca, kiedy po jednej stronie jest kompletnie ciemno, a po drugiej zaczyna świtać jest jednym z piękniejszych widoków jakie w życiu widziałem. W mieście jest to nie do uchwycenia.
    Następnie po prawej stronie mijamy Kępę Nadbrzeską, a parę kilometrów dalej nawiązujemy do drogi nr 734. Przecinamy 801-kę i kierujemy się dalej w głąb Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Parę dni temu spadł śnieg, który w mieście się szybko rozpuścił, ale w lesie dalej zalega w dość dużej ilości.
    Szukamy dobrego miejsca na ognisko. Park nie jest właściwym na to miejscem, dlatego upragnione ognisko rozpalamy przy wyjeździe z niego. Mokre drewno zajmuje się dość szybko, wspomagane resztką podpałki w płynie, którą ponownie zabrałem ze sobą. Damian przygotowuje patyki na kiełbasy, a ja szukam w miarę suchego drewna na opał, przy czym Rafał pilnuje ogniska, żeby nie zgasło. Humory mamy wyśmienite i ponad 70 kilometrów w nogach. Wszyscy są głodni i rzucamy się na kiełbasy.
    Przerwa śniadaniowa trwa ponad godzinę. Wsiadamy na swe rumaki i kierujemy się na Otwock. Paręset metrów od startu, Damian przewraca się na twardej, błotnej muldzie. Nic mu się nie stało z racji niezbyt wygórowanych prędkości, ale do przewrotek Damiana chyba każdy z nas zdążył się już przyzwyczaić. Szybkim tempem dojeżdżamy do stacji PKP Otwock. Dosłownie po paru minutach zjawia się pociąg i uradowani siadamy w nagrzanym składzie.
    O wpół do jedenastej rano jestem już w domu. Kładę się spać na parę godzin, żeby odespać. Udał się kolejny nocny wypad, z niższą temperaturą niż wcześniej, dłuższym dystansem i ciekawszą trasą. Czego chcieć więcej? Chyba jeszcze jednej takiej wyprawy!