Dziennik

    Ruszamy o drugiej w nocy. Punktem startowym jest pomnik Syrenki koło Mostu Świętokrzyskiego. Jako pierwsi stawili się ja i Damian. Czekamy parę minut na Rafała, który jedzie z Wilanowa. Niedługo później pojawiają się Paweł i Piotrek. Po sprawdzeniu czy wszystko wzięliśmy, ruszamy 10 minut po drugiej.
    Do Klubu Sportowego Spójnia jedziemy oświetlonym chodnikiem, bojąc się przygód na ścieżce jak i samochodów na Wisłostradzie. W związku ze znikomym ruchem samochodowym na jezdni, decydujemy się jechać Wisłostradą. Dla rozgrzania jedziemy dość szybko. Powszechną uwagę zwraca nasz kolega - Rafał, gdyż jest w krótkich spodenkach jako jedyny z grupy, dodatkowo nie wziął rękawiczek. Temperatura oscyluje w granicach 5 stopni C. Jedziemy przez Lasek Bielański i Park Młociński, dalej przez Łomianki i ulicą Rolniczą. Jedzie się dość dobrze, gdyż droga jest w miarę oświetlona przez latarnie - bardzo nas to dziwi. Rafał coraz bardziej marznie, ale twardo jedzie dalej. Robimy parominutowy postój na skwerku zieleni, niedaleko Komendy Policji w Czosnowie. Paweł z Piotrkiem wypijają naparstek wódki żołądkowej, popijając pożyczoną gorącą herbatą od Rafała. Jako jedyny ma on termos z herbatą. Damian posila się swoimi żelkami energetycznymi, a ja spożywam wcześniej przygotowane kanapeczki.
    Po przekroczeniu Wisły, w Modlinie, nie mogę już patrzeć na gołe nogi Rafała i decyduję o oddaniu mu długich spodni. Przezornie wziąłem dwie pary spodni - rajstopy oraz dresowe. Rafał przyjmuje z zadowoleniem podarunek dresowy, gdyż słabł z wyziębienia drastycznie. Problem rękawiczek nie został rozwiązany, gdyż nikomu nie wpadło do głowy, żeby brać dwie pary na wyprawę. Po zmianie odzienia od razu Rafał przyspiesza.
    Zaraz przed linią kolejową zjeżdżamy z głównej drogi w lewo w kierunku Nowego Modlina. Mimo, iż jedziemy przez rzadko zaludnione tereny to są one oświetlone latarniami. Pomimo, że przejeżdżamy trasą dobrze znaną dla mnie i Damiana, jedzie się zupełnie inaczej niż za dnia - jakby na nowo się odkrywało miejscowości. W pewnym momencie jazdy "budzi" nas złowrogi skowyt ujadającego psa. Na szczęście jest za płotem, ale strach nas oblatuje, gdyż w ciemnościach trudno jest dostrzec przeciwnika.
    Bardzo pomocne są wskazania GPS'u ze względu na ograniczone możliwości percepcji otoczenia. Mijamy kolejno Janowo oraz Śniadówko, za którymi droga zaczyna się pogarszać. Dojeżdżamy do najstarszego, podwieszanego mostu w Polsce przez rzekę Wkrę - w Goławicach. Za mostem droga pnie się ostro w górę, co skutecznie nas męczy. Zjeżdżamy na szuter kierując się wydrukowaną w domu mapą. Zaczyna świtać i decydujemy o zrobieniu długo upragnionego ogniska. Rafał wygląda na wyczerpanego, na twarzach innych także widać chęć do przekąszenia gorącej kiełbasy. Kilkadziesiąt metrów przed wyznaczonym postojem na skraju lasu, jadąc po nierównej drodze polnej, Damian efektownie przewraca się. Na szczęście obywa się bez strat w sprzęcie.
    Jest sucho, więc bez problemu znajdujemy drewno na opał. Wziąłem z domu podpałkę do grilla w płynie, więc rozpalenie ogniska idzie naprawdę szybko. Robimy sobie prawdziwą ucztę - kiełbaski, chlebek, a nawet ketchup. Prawie wszyscy raczą się także kieliszkiem wódeczki, choć przy ognisku jest naprawdę gorąco. Podczas śniadania wspominamy parokrotne zapytania Piotrka do napotkanych ludzi w trakcie jazdy. Polegały one na tym, iż podjeżdżał on blisko przechodnia i pytał się na przykład: "Na Gdańsk prosto?" czy też "Jedziemy i jedziemy, a Warszawy nie widać" lub "Na Warszawę to jedziemy w dobrą stronę?" (przy czym jechaliśmy przecież w stronę przeciwną). Niektórzy przechodnie byli naprawdę przerażeni i zanim zdążyli sobie przemyśleć całą sytuację, to już odjeżdżaliśmy śmiejąc się w ukryciu z dowcipu sytuacyjnego.
    Trochę boimy się okolicznych mieszkańców, tego, że mogą być przeciwni ognisku, ale nikt nie przychodzi. Zawsze dbamy o dobre zabezpieczenie strefy przyogniskowej i o fakt, żeby rozpalać ognisko z dala od najbliższych gospodarstw.
    Po prawie godzinnej przerwie ruszamy dalej. Humory dopisują, ale zmęczenie, a przede wszystkim senność, dają się powoli we znaki. Z początku jesteśmy zmuszeni jechać polną drogą wzdłuż lasu, co utrudnia nawigację na Nasielsk, gdyż właśnie stamtąd planujemy powrót pociągiem do domu. Na tą chwilę dróg, którymi jedziemy nie ma na mapie GPS. Napotkana kobieta pomaga nam wrócić na drogę asfaltową. GPS w końcu wskazuje nam drogę na dworzec kolejowy. Dzieli nas od niego około kilkanaście kilometrów. Drogę umila nam poranne słońce. Około ósmej rano docieramy na dworzec. Przed wejściem do pociągu powrotnego, musimy jeszcze odczekać prawie godzinę na peronie, wygrzewając się we wrześniowym słońcu. Rafał wygląda naprawdę na wykończonego, chyba głównie zimnem. Telefon do Ukochanej rozwiązuje sprawę i Rafał wypogadza się.
    Podróż pociągiem przebiega w sennej atmosferze, każdy trochę przysypia. Wysiadamy na dworcu Warszawa Zoo, tuż przed Mostem Gdańskim. Całą grupą jedziemy do Mostu Świętokrzyskiego i tam się rozdzielamy. Jak opowiadał później Rafał, wracając do Wilanowa, stracił siły i pod lekką górkę brały go nawet dzieci. Dalsze wyprawy z Rafałem miały już nieco inny przebieg, o czym można się dowiedzieć z pozostałych relacji. Trzeba podkreślić, iż Rafał podczas tego wypadu miał najdłuższy dystans do pokonania - większy od każdego z nas o prawie 20 km.
    Żegnając się, ustalamy już proponowane terminy na nowy nocny wypad, który ostatecznie miał miejsce miesiąc później. Zachęcam do przeczytania relacji z niego!